Nietykalni

15 04 2012

Dawno temu oglądałem pewną ciekawą i zaskakująco odświeżającą komedię z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem – Choć goni nas czas. Produkcja ta uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba i do dziś pozostaje jednym z kilku filmów, którym przypiąłem etykietkę „ulubionego” i jednym z dwóch na którym zdarzyło mi się uronić łezkę. Usłyszawszy o zeszłorocznym sukcesie jaki święcił francuski komedio-dramat Nietykalni i przeczytawszy pokrótce o czym owy film opowiada, natychmiast naszło mnie skojarzenie z wcześniej wymienioną produkcją. Dla wielu może dziwne, ale ja jednak przez cały film odczuwałem ich pokrewieństwo.

Przede wszystkim obydwie opowiadają o zderzeniu się ze sobą dwójki ludzi ze zgoła odmiennych środowisk (w Nietykalnych, wręcz skrajnie odmiennych),  miedzy którymi mimo oczywistych różnic i mnóstwa rzeczy które ich dzieli, zawiązuje się prawdziwa, silna /nietykalna/ więź przyjaźni.  Znaczącą różnicą jest jednak, to że tak jak „Choć goni nas czas”, to film który można opowiedzieć, pokrótce streścić i zainteresować nim naszego rozmówcę, tak „Nietykalnych” ciężko jest opisać słowami. Ostatecznie w filmie, niewiele się dzieje, przytaczanie poszczególnych scen mija się z celem, opowiadanie fabuły także, ponieważ to produkcja świetna jako całość i coś co trzeba po prostu zobaczyć, żeby docenić i zrozumieć w czym tkwi jej fenomen.

Cały film, wciąga od pierwszych minut, narracja jest kapitalna, umiejętne przeplatanie scen śmiesznych z tymi poważniejszymi, świetnie zagrane główne role, niezła muzyka, niesztampowość – to i inne drobne zalety sprawiają, że Nietykalni kupili mnie w całości od pierwszych minut i na pewno jeszcze nie raz do nich powrócę. Jednak w starciu z początkowo przytoczonym „Choć goni nas czas”, „Nietykalni” przestają być tym kim się tytułują, nie odnalazłem tu tej zgrabności przekazu, a poważne sceny z ckliwą muzyką w tle, są zbyt oczywiste by wzruszać.

Nie jest to film wybitny, żadne arcydzieło i oczywiście w kategorii komedio-dramatów można by znaleźć dużo pozycji o klasę lepszych, ale w tej produkcji jest pewna magia, która chwyta i nie puszcza aż do napisów końcowych. Dodatkowo nie bez znaczenia jest też, to że to doskonała okazja by przypomnieć sobie, że francuska kinematografia jest wciąż w formie.

PLUSY

+ porządnie zrealizowany i wykonany

+ wciąga

+ naprawdę, szczerze ŚMIESZY

MINUSY

– ?

OCENA: 8,5

Reklamy




The Elder Scrolls V: SKYRIM – Gra dekady!

4 12 2011

Zasiadając do V części TES, powiem bez bicia zasiadałem bardzo sceptycznie. Przede wszystkim (to już w ogole dno) o tym, że ona wychodzi dowiedziałem się na miesiąc przed premierą. Zajawiłem się trailerem i tak, Skyrim trafił do mojego domu. Lekko rozczarowany wcześniejszym Oblivionem, nie spodziewałem się że spędzę z tą grą więcej niż 5h. Pisząc ten tekst, mam na liczniku tych godzin grubo, ponad 60 i choć mój hype na tą produkcję nieco zmalał, wciąż odpalając Skyrima wsiąkam na kolejne długie godziny przeczesywania jego świata. A ten jest po prostu GIGANTYCZNY. Ogrom rzeczy, które w TES V można robić po prostu przygniata. Najlepszy sandboxowy świat od czasów GTA. Zaraz, powiedziałeś GTA? Tak! Wbrew pozorom, ta gra naprawdę często przypomina flagową serię R*.

Ale po kolei. Zacznijmy od tego co w grach z serii cRPG jest najwazniejsze. O fabule. I tak, w sumie ciężko mi powiedzieć, czy w grze, w której główny wątek (powiedzmy, że takowy da się wyróżnić) traktowany jest na równi z zadaniem, przynieś, podaj, pozamiataj, co w Skyrim jak i w każdym szanującym się erpegu ma wydźwięk: weź zlecenie, po eksploruj trochę lochów, zabij trochę creepów i jednego super creepa, weź hajs, „ajtemy” i wróć do zleceniodawcy. Tak więc czy w takiej grze można oceniać fabułę? Nie do końca. Główny wątek przebija się przez całą grę, a nawet po jej zakończeniu, co można tłumaczyć albo katastrofalnym przepływem informacji, albo bugiem, gdy 10 h po zakończeniu main-questa władcy miast zastanawiają się jak poradzą sobie z tym questem. Gra wciąga jednak nie dlatego, że obchodzi nas los świata i to jaką rolę odegramy w kolejnej misji z cyklu: „zapobiec apokalipsie”, ale to  jak wiele w Skyrim jest do zrobienia. A do tego absolutna wolność w tym, co chcemy robić. Nie ma tutaj ŻADNYCH ograniczeń dla gracza. Robisz wszystko po swojemu. Chcesz olać główny wątek i zając się wypiekiem ciast? Rób to! Chcesz się nauczyć kowalstwa, złodziejstwa, tajnej magii, łucznictwa (…) ? A może chcesz wszystkiego po trochu? Ok, nie ma sprawy. Twoja postać to tabula rasa, nikt nie będzie ci dyktował, że zabicie tego pana jest be, a temu musisz skręcić kark. Bądź zły, bądź dobry, albo miej wszystko w dupie. Wszystko odnotują statystyki, każdy twój krok zostanie czymś innym nagrodzony. Od zawsze czekałem na grę, która da mi taką swobodę. I dobra teraz co bystrzejsi zauważą: A co z Oblivionem, Morrovindem? Odpowiedź jest prosta, Skyrim totalnie uderzył w moje klimaty nordyckich mitologii, smoków, wikingów, śnieżnych zamieci, wojen domowych etc. W tej grze zakochałem się bez pamięci od pierwszych sekund.

Co się tyczy zaś mechaniki rozgrywki. I tutaj nowa gra Bethesdy trochę mnie zawiodła. Żadne krzyki i płacze mnie nie przekonają, że to nie jest konsolowy port. Sterowanie na schemacie k+m jest koszmarne, przynajmniej dla mnie. Prawda pewnie, że jakbym się rozegrał to nie było by to dla mnie problemem już po kilku godzinkach, ale no nie miałem ochoty psuć sobie zabawy przez to, że jakiś klawisz mam za daleko, albo przez to że myszka nawet na najwyższej czułości chodzi jakbym maczał ją w kisielu. Sięgnąłem po pada i nagle ja stary stetryczały komputerowy konserwatysta jedynego słusznego sterowania w erpegach, zrozumiałem jak cholernie wygodnie i przyjemnie jest grać na padzie. Sam używałem go dotąd jedynie w sportówkach i samochodówkach. Tymczasem na czas przejścia Skyrima pożyczyłem od kumpla pada x360 i muszę przyznać, że komfort jaki czerpałem z tego rozwiązania zmusił mnie do zakupu własnego. W Skyrimie wszystko jest „pod pada”, przede wszystkim menu, cały interfejs ekwipunku, magii itp. Rozwalenie się na kanapie z bezprzewodowym padem przed wielkim monitorem pozwoliło mi totalnie zapomnieć o sterowaniu i czerpać garściami to co najlepsze z rozgrywki. Jeśli jeszcze nie spróbowałeś grać na padzie w tą grę, to spróbuj. Gwarantuje Ci, że nie wrócisz k+m.

Wracając jednak do samej mechaniki. Typowo dla każdej produkcji Bethesdy (Fallout) na widok walki bronią białą chce się płakać. Każda broń traktowana jest jako przysłowiowy „bejsbol”. Animacja topora, wielkiego miecza, czy młota nie różni się niczym. Cóż, taki widać urok gier B. Ciekawe jest jednak to, że do Skyrima zostały przeniesione efektowne finishery z Fallouta 3 w bullet time. Tak jak w F3 trochę mnie to irytowało czasami, gdyż uruchamiało się zdecydowanie zbyt często, tak tutaj okazyjny widok, odcinanej głowy gigantycznym final-fantasowym mieczem, albo gruchotanie kości młotem wielkości mamuta, daje duużo satysfakcji i banana na twarzy. Ciekawie rozwiązane jest strzelanie z łuku i stealth-zabijanie na assasyna. Chociaż ja osobiście wybrałem ścieżkę rozwoju broni dwuręcznej, to nie omieszkałem sprawdzić innych opcji. Łucznikiem gra się bardzo ciekawie, przede wszystkim trochę inaczej, bardziej taktycznie. A jeszcze bardziej taktycznie gra się złodziejami i cichymi zabójcami. Tutaj frajda jest niesamowita. Jednak są to rozwiązania na chwilę, bowiem gdy wybiega ci w wąskim korytarzu na twarz 5 kolesi, nawet Legolas nie nadążył by ze strzałami. Tutaj widać przewagę nad rozwiązaniem: tylko ja ty i mój kurewsko wielki miecz, który zaraz poznasz dogłębnie.

Dodatkowo w walce cały czas może pomagać nam „przywołaniec”, ognista lub lodowa zjawa, ożywione zwłoki, ogar kupiony gdzie trzeba i oczywiście nasz „giermek” czyli wiadomo najemnik, który nosi nasze graty. W zasadzie ja mojego, a obecnie moją… żonę (tak można się żenić) tratuję tylko jak kolejny garb do ciężarów, których ja już nie daje rady dźwigać. A złomu znajdujemy tutaj co nie miara. Prawda, że im dalej tym mniej rzeczy nas interesuje. Obecnie na poziomie 34 stosuje ostrą selekcję i rzeczy o wartości poniżej 300 sztuk złota nawet nie tykam. A właśnie, złoto. Osobiście wszelakich handlarzy traktuje tylko jako frajerów, których ograbiam z wszystkich pieniędzy za szmelc, który ode mnie odkupują. Podczas całej wędrówki kupiłem tylko JEDNĄ RZECZ. Były to buty zwiększające mój udźwig, które jak się okazało potem są przedmiotem fabularnym. Nie ma sensu kupować tutaj nic, ponieważ wszystko co jest nam potrzebne, najlepsze zbroje, bronie, amulety i inne pierdoły znajdujemy eksplorując świat. Sam wydaje złoto tylko na zakup włości w miastach i ulepszanie swoich umiejętności u trenerów.

Będąc jednak przy giermkach… należy napomnieć fakt, że ich inteligencja nie przewyższa tej jaką posiada średnio rozwinięty głowonóg. Wrzucam pod tekstem filmik prezentujący jeden z kilku irytujących w grze zacinek. A ponadto notorycznie najemnicy blokując nas w drzwiach, nie nadążają tempa które narzucamy i w rezultacie gdy przemierzamy jakieś ruiny, walczyć musimy sami, bo nasz „garb” jest gdzieś daleko w polu.

I wreszcie, to co podobno 80% graczy interesuje najbardziej: grafika. Cóż mogę powiedzieć, jeśli graliście w produkcje od Bethesdy, niby wiecie czego się spodziewać.  Jednak gra świateł i barw w Skyrim powala. W momencie, kiedy pierwszy raz ujrzałem zorzę polarną z najwyższego szczytu na mapie, zęby zbierałem jeszcze przez 10 minut. Pomyślałem sobie wtedy że dla takich momentów jest się graczem. Ta gra potrafi samym swoim wyglądem zabrać Cię gdzieś daleko, oderwać od wszystkiego. Jest w niej niespotykana magia, która porwała mnie w całości. Po kolana w lodowatej wodzie, którą niemal samemu odczuwałem, przedzierając się przez zaspy śnieżne i w gigantycznej zamieci. Takie momenty tworzą dla mnie stronę wizualną gry. Nie ostre jak brzytwa tekstury, Ultra AA, czy wyrąbane w kosmos efekty cząsteczkowe wybuchów. Może dlatego Crysis nigdy nie przekonał i nie przekona mnie do siebie. Owszem ta gra jest przepiękna, ale DLA MNIE przy Skyrimie jest tylko wielkanocną wydmuszką, nic mnie w niej nie rusza. Oprawa wizualna, to nie tylko to jak twoje oczy odbierają to co się dzieje na ekranie, ale także twoja… hmm dusza? Or something like that. Trochę jak z muzyką, może podobać się twoim uszom, fajnie brzmieć, ale dla mnie ta naprawdę wartościowa, to ta którą mogę włączyć sobie w ciemnym pokoju, która wywołuje we mnie emocje, porusza, czegoś ode mnie wymaga. A wszystkim fanom dobrej grafiki mogę powiedzieć, że się nie zawiedziecie. Owszem są momenty gdzie oglądając jakiś miecz, czy kawałki desek na moście, stwierdzisz: matko jakie to szpetne, zalatuje pierwszym Gothickiem, ale zaraz potem odwrócisz kamerę i stwierdzisz: pierdolić ten miecz, ta gra jest PIĘKNA! Do tego całość dopełnia REWELACYJNA muzyka, która zagościła już w mojej mp3. Symfoniczne brzmienia, idealnie dopasowane do tego co dzieje się an ekranie. A dla krótkiego utworu który aktywuje się gdy wbijemy nowy level, powinna być osobna kategoria w następnych Grammy. Absolutnie fantastyczna sprawa.

I taki jest właśnie cały Skyirm. Jeśli kochasz gry cRPG, zagrywałeś się w takie klasyki jak Gothick, Morrovind etc. to spędzisz z tą grą dłuuuuuuuugie godziny. W tytule stwierdziłem, że nowe Elder Scrolls to gra dekady. To moje specyficzne odczucie i oczywiście mówię tutaj o gatunku RPG. Niewątpliwie jednak jest to mój pewniak do gry roku. Jeszcze 4 miesiące temu wskazałbym w tej kategorii patriotycznie Wiedźmina 2. Ale jako wielki fan Wieśka, sam byłem zaskoczony, jak blado wypadła produkcja CD RED przy Skyrimie. Marzy mi się Wiedźmin 3 z taką swobodą jak nowa gra Bethesdy. To byłoby coś wielkiego. Chociaż myślę, że z przeżyciami jakich dostarczył mi Skyrim, długo żadna gra nie będzie mogła się równać. Dzięki ci Bethesdo! A Ty graczu, jeśli jeszcze się wahałeś czy warto… Nic lepszego w tej kategorii nie znajdziesz, więc idź, kupuj i nie zapomnij wziąć sobie urlopu w pracy, albo powiadomić znajomych że przez kilka tygodni nie dasz znaku życia :).

OCENA 10/10

SKYRIM FACEPALM





Jak zrobić dobry film

30 01 2011

Zeszły rok w kinematografii był dla mnie strasznym przeżyciem, braki w napływie wartościowych i solidnych premier utwierdzały mnie w przekonaniu, że dziś o konkretne kino na prawdę ciężko. Dzięki boku mamy jednak Firtha i Rusha, a to wszystko w prześwietnym: „Jak zostać królem”. Powiem szczerze, że do filmu tego podszedłem z lekką dozą dezaprobaty, a to dlatego, że ostatnie wybory akademii nie zachwycały, a tutaj proszę 12 oskarowych szans. Mogło być więc, albo tak dobrze, albo znowu mógłbym wyjść z kina z wielkim ‚wtf?’ i gigantycznym niedosytem. Na szczęście, moje cierpienia zostały nagrodzone. Jak zostać królem, to zdecydowanie najlepszy film zeszłego roku, a także jeden z tych do których będę prawdopodobnie jeszcze nie raz wracał. Opowiada, krótką zwięzła historię, której akcja skupia się w okół skądinąd błahostki, która jednak wciąga niesamowicie. No bo czy jąkający się król, to może być temat na świetny film? Tak, tak i jeszcze raz tak. Tom Hooper, pokazał, że kinem wciąż można się znakomicie bawić. Dostajemy film biograficzny podany w lekkiej i zwiewnej formie. Wszystko opasane, klimatem, który aż wylewa się potokiem z ekranów. Do tego jest i śmiesznie i poważnie. Obraz kompletny, przepiękny wizualnie, świetnie udźwiękowiony, a do tego jak zagrany.
Cały film skradł duet Firth & Rush. Tutaj nie ma nawet co opisywać, bo to trzeba po prostu zobaczyć. Dla mnie duet absolutnie oscarowy. Cieszę się też, że właśnie Geoffrey Rush, którego darzę wielką sympatią, jeszcze z czasów ‚piratów’, dostał w końcu rolę w której mógł się w pełni pokazać jako świetny aktor. Pokrótce podsumowując też, filmy które zamiotły nominacje do Oskarów. Zdążyłem większość obejrzeć i tak:

CZARNY ŁABĘDŹ: Na prawdę chciałbym, żeby Aronofsky skończył ze swoją konwencją filmów pod psychodelię, bo to już się zwyczajnie przejadło. Wszystkie schematy i zagrywki z Requiem, Pi, Źródła widać i tutaj. I tak dostajemy, nie mówię bardzo solidną produkcję, ciekawą historię i absolutnie genialną Portman, ale całość cierpi po prostu na chorobę Aronofskiego. „Każdy jego film musi nam poryć po bani trochę”. Do tematyki Łabędzia, pasowało mi to jak kij do oka i chociaż film wciągnął mnie bezlitośnie, a ostatnie 20 minut zrobiło lekki opad szczeny, to … gdzieś już to widziałem. 8/10

SOCIAL NETWORK
: Szczerze, to film podpasywałby mi pod jedynkowe ‚okruchy życia’. To też świetnie zrealizowany projekt, przez wielu ochrzczony współczesnymi „12 gniewnymi”. Mnie jednak nic w nim nie urzekło, no może to na jakim świecie żyjemy i jak trwonimy czas czytając kto dziś zaliczył a kto nie. Trochę, smutne. 7++/10

INCEPCJA
: Recenzja do przeczytania kilka postów niżej, ale dalej podtrzymuję, że jeśli Oskar, to tylko za efekty.

Szykuję się właśnie na „Prawdziwe Męstwo” i sporo sobie po tej produkcji obiecuję. Jak będzie dowiecie się za jakiś czas. Stay Tunned.

I tak właśnie wygląda moje pięć groszy w kwestii Oscarów. Trzymam mocno kciuki za ‚króla’, bo to kawał na prawdę dobrego kina, nieopierający się na dyrdymałach i efektach, co jest dziś już coraz rzadziej spotykane. A Colin Firth a.k.a. jąkała, to postać, którą śmiało mogę postawić obok Corleone – Brando. Klasa światowa.

PLUSY:
+ Colin Firth, Geoffrey Rush, Helena Bonham Carter (…)
+ prostota
+ klimat, klimat, klimat
+ całe wykonanie (zdjęcia, muzyka etc.)

MINUSY:
– od wielkiej biedy, chwilami może się dłużyć

OCENA 9++/10





Tokijska Policja Gore

6 01 2011


Zastanawiałem się jaki tytuł dać temu postowi, ale stwierdziłem, że sam tytuł filmu jest tak dosadny i szalony, że określi mniej więcej jego charakter. A więc Tokijska Policja Gore, dowód w najczystszej postaci na to, że japońska nacja, jest co najmniej… dziwna, a na pewno niezrozumiała dla przeciętnego europejczyka, Amerykanina i w ogóle każdego, dla którego facet strzelający z dwumetrowego przyrodzenia jest dziwny. No, bo kurcze niby co w tym dziwnego? Co dziwnego w tym, że po przepiłowaniu kobiety w miejscu jej nóg wyrasta paszcza krokodyla, albo że w ludzkim ciele jest tyle krwi, że jej wylot pod ciśnieniem z naszych uciętych (koniecznie kataną) kończyn pomoże nam latać! Tak… przykłady z tego filmu można by mnożyć i mnożyć, ale sprawa ma się tak, że żadne słowa nie oddadzą tego co dzieje się na ekranie. Jako wielbiciel horrorów, a także kinoman, któremu nie obce są filmy gore, oraz różnego rodzaju dziwactwa pokazywane na ekranie (na prawdę sporo już widziałem), wczoraj wieczór odczułem wrażenie, że na prawdę jeszcze NIC nie widziałem. Policja Gore zjada na śniadanie wszystkie teksańskie masakry, a Piły przy niej ze spokojem mogły by być wyświetlane w przedszkolach. Hard-core, to słowo klucz dla tego filmu. A najlepsze, że historia i ogólny zarys fabularny, nawet nie jest taki głupi. No dobra JEST, ale biorąc to wszystko z przymrużeniem oka, które trzeba mieć przy włączaniu japońskich produkcji, nie jest taka najgorsza i dość zrozumiała. Całość wiruje wokół supernowoczesnej policji tokijskiej, o wyglądzie współczesnych bushido samurajów, równie zresztą bezwzględnej i brutalnej. Jej celem są polowania na grupę super groźnych przestępców, zwanych inżynierami. Nie jest, to jednak tak proste jak się zdaje. Inżynierowie posiadają bowiem zdolność auto-regeneracji. Ale jakiej! Przy ewentualnej utracie kończyny odrasta im jakieś narzędzie masowej destrukcji. Ot wielki nożyk do kartonu, piła mechaniczna, strzelby etc. Takie rozwiązanie dało scenarzystom nie lada pole do popisu, a wierzcie mi, że ich kreatywność i wyobraźnia nie zna granic! W zasadzie, o Tokijskiej Policji Gore nie da się napisać wiele, jest to film, który nie daje się zaszufladkować kategoriami i słowami. Niezwykle brutalny, ale przy swojej prymitywności niektórych scen, znowuż nie taki odpychający. Mi się na swój sposób spodobał, ślad po nim pozostanie we mnie pewno na długo, a następne filmy gore, nie unikną porównań z „policją”. Film ma dwa lata i dorobek jego twórców nie jest imponujący, a szkoda bo mówiąc szczerze, chciałbym zobaczyć co jeszcze w japońskim kinie jest w stanie mnie zaszokować. To film zdecydowanie NIE dla wszystkich, raczej dla stricte zawężonej grupy ludzi. Jednak gdybyście zechcieli zanurzyć się w odmętach krwawego Tokio, dam Wam tylko jedną radę: robicie to na własną odpowiedzialność.

PLUSY:
+ oryginalny jak cholera
+ kreatywność twórców – nieograniczona
+ całkiem niezły pomysł i zarys fabularny
+ warto przekonać się co drzemie w japońskich duszach i głowach
+ mocny

MINUSY
– mocny
– tylko dla niektórych widzów
– ile krwi może być w jednym człowieku? (ale w sumie to film gore…)

OCENA: 7/10





Temat sPiłowany

11 12 2010

Piła to w moim odczuciu sztandarowa seria naszych czasów. Naszych, znaczy obecnych w kinematografii. Wielu owo kino może się podobać, a wielu nie. To, że współczesne produkcje dzielą widzów na fanatycznych wyznawców i zagorzałych hejterów powinniśmy się już przyzwyczaić. Co się tyczy Jigsawa i s-ki, moim skromnym zdaniem, które powtarzam jak mantrę od 5 bodaj już lat, Piła skończyć się powinna w miejscu gdzie się narodziła, czyli w pierwszej części, którą osobiście wpisuję na listę bardzo dobrego kina lat 2000 i wyżej. Świeża, niekonwencjonalna, zaskakująca, szokująca, taka właśnie była pierwsza Piła, która przebojem wbiła się do skostniałego nieco kina mrocznych thrillerów. Pechowo jednak, dała błędną w odbiorze modę na robienie kina slasherowego, gdzie się tylko da. Zamiast zabrać z produkcji Wana, to co było w niej najlepsze, to jest nietuzinkowo prowadzoną akcję, niezły klimat i zaskakujące zwroty akcji, większość reżyserów, a raczej scenarzystów kina, które śmie zwać się horrorem, nabrała wiadra krwi, flaczki, jelita grube, cienkie i oczywiście ‚smakowite’ łupiny mózgu walające się na ekranie. Premiera Piły jest momentem zwrotnym całego kina, które później jak pisałem nazywane zostaje horrorem. Ustalmy fakt, którego nie potrafią odróżnić producenci i kina na całym świecie. Nie każdy film, którego nie zakwalifikujemy do sensacyjnych czy thrillerów, o szajbusie mordującym bogu ducha winnych cywili jest horrorem do ciężkiej cholery. Wracając jednak do tematu; Piła jako jednostka z 2004 roku – tak, Piła jako saga – nigdy. Szczerze mówiąc nie jestem w stanie przypomnieć sobie o czym było ostatnie… sześć części. Wszystko zlewa mi się w jedną jatkę, a gdy ktoś pyta mi się czy widziałem nową Piłę, do głowy napływają mi tylko obrazy starych rzeźni, odrapanych drzwi i masy juchy na ekranie. Sensu nie widzę w tym żadnego. Żadne też krzyki i płacze mnie nie przekonają, że rozwleczenie tego filmu na taki serialowy byt nie było spowodowane skokiem na łatwą skądinąd kasiorę. Ostatnia część cyklu (miejmy nadzieję, ostatnia) jest po prostu beznadziejna. I w zasadzie spokojnie obdarzyć można by ją numerem pięć, cztery, trzy (…), nie miałoby to żadnego znaczenia, bo wszystkie Piły kończą się tak samo: wielkim „emocjonującym” finałem (zieew) i zdaniem „Game Over”. A takie pierduśińskie tłumaczenia jakie usłyszałem na końcu siódemki, to żadna nowość i ani trochę nie odczułem, że to już może być koniec cyklu. Tak więc w wielkiej spowiedzi końcowej Jigsawa, widziałem wszystko to co zawsze. Dużo pił tarczowych, krwi a także, jakże wyrafinowaną nowość, rozrywane ludzkie ciała. Tak panie i panowie, to już tylko do wyśmiania. Ponadto, co większy maniacy, rozkoszować się mogli całością w 3D. Wszyscy masochiści wyszli więc z kina na pewno usatysfakcjonowani. Scenariusz zaś jest tak głupi, że ręce z nogami opadają. Całości nie ratuje także aktorstwo, które wypada strasznie słabo, no ale czego spodziewać się można po filmie, gdzie zagrał nawet wokalista Linkinów. Najlepiej wypada tutaj sam Jigsaw, który nie wiedzieć czemu znowu pojawia się na ekranie w mikro epizodzie. Jeśli miałby więc wymienić tutaj jakikolwiek plus, to muzyka i temat przewodni, ale ten to akurat pochodzi jeszcze z dobrych czasów, gdy Piła nie miała rzymskich cyferek po tytule, oraz coś co zawsze mi się w całej serii podobało. Mianowicie plakaty, kupę dobrej roboty odstawiali producenci, by ten niestrawny żużel wciąż sprzedawać, bo kampanie reklamowe, to coś czego akurat inne filmy mogą Pile pozazdrościć. Tylko, że dobre filmy nie muszą się reklamować a i tak się sprzedadzą, szkoda że w natłoku grubych zer na koncie twórcy o tym zapomnieli.

PLUSY:
+ to już koniec
+ Jigsaw
+ muzyka
+ kampania reklamowa

MINUSY:
– aktorstwo
– co słabsi bez worka nie dadzą rady
– nuda
– wtórność
– idiotyzm niektórych scen, jak i zresztą większości scenariusza

OCENA: 2=/10





Harry Nudziarz

27 11 2010

Saga młodego czarodzieja powoli chyli się ku końcowi. Przed nami ostatnie dwie i zdawać by się mogło najbardziej imponujące części Harrego Pottera – Insygnia śmierci. Wstępnie zaznaczyć, muszę że nie rozumiem kwestii, dlaczego (poza ewidentnymi powódkami finansowymi) ostatnia część sagi Rowling rozbita została na dwie filmowe części. Prawda jest, taka że i może owszem najnowsza, świeżutka jeszcze w kinach część Harrego jest bliska książce jak żadna dotąd i stara się ją przedstawić możliwie najdokładniej, ale nie oszukując się jest strasznie nudna. Pierwsza część insygniów, to wyprute z akcji romansidło, pełne bezsensownych „zapchajdziurowych” scen. Akcji tu tyle co kot napłakał, a jak już do jakiejś dochodzi, to wszystko urywane jest zgrabnym wy teleportowaniem się do spokojniejszego miejsca. To oczywiście ukłon w stronę książki i nie mam o to pretensji fabularnych, ale czepiam się, bo dalej nie rozumiem czemu tych nudziarstw nie dało się pociachać i z siódmej części czarodzieja zrobić jednego filmu, a niech tam i 4 godzinnego. W rezultacie otrzymałem coś co doskonale można zobrazować sytuacją: Dajmy na to, że idę do kina na drugą część Władcy Pierścieni (Dwie Wieże), oglądam, oglądam, przeciskam się przez niektóre naprawdę strasznie nudne sceny (dwójka jest najnudniejszą częścią cyklu) no i wreszcie nastaje wyczekiwana przez cały film scena rozpoczęcia bitwy o Helmowy Jar. Nagle ciach, napisy, nara możecie iść do domu. Tak samo czułem się ja, wczoraj w kinie. Bezlitośnie przez twórców wydymany. To prawda, że mogłem się tego spodziewać, ba wręcz wiedziałem, że tak może być. Tym niemniej utrzymywała mnie jakaś taka wiara, że Potter, to jednak Potter, może zagrają klimatem nieuchronnie zbliżającej się bitwy, może jednak miło spędzę czas. Rozczarowałem się. Koniec końców, jadę po filmie, ale było w nim dużo rzeczy, które mi się podobały. Przede wszystkim, rozmach, plenery, muzyka, montaż, ujęcia. Krótko – widać, że jest to produkcja z półki najwyższej k(l)asy. Aktorsko, rewelacyjna Helen Bonham Carter, całkiem znośna Watson i ogólna plejada gwiazd: Nighy i Rickman świetni jak zawsze. Beznadziejnie wypada za to… Radcliffe. Chłopak gra jak kawał kłody. Zresztą co ja mówię, on w ogóle nie gra, on po prostu na ekranie jest. Najbardziej ‚podobała’ mi się scena końcowa, gdy trzymając martwego przyjaciela na rękach robi minę jakby właśnie zjadł ciężkostrawne Taco.
Cóż ‚insygnia’ szczerze mnie zawiodły. Z kina wyszedłem z wielkim niedosytem, ale może to była zagrywka świadoma producentów, bo że na dwójkę pójdę to wiem na pewno, podbudowany jestem nadzieją, że więcej nudy już tam nie uświadczę (może poza piernikowym happy endem), a jako fan dobrego mordobicia i szybkiej akcji (takie moje zwierzęco – męskie instynkty) spodziewam się epickiej bitwy, która w niepamięć rzuci słabą część pierwszą.

PLUSY
+ wykonane znakomicie
+ ścisłość z książką (zaskakująco duża)
+ jak już przychodzi do akcji (mało bo mało), to pokazuje pazurki z przed lat
+ Piąta część była gorsza

MINUSY
– nuda
– Radcliffe gra jak kij od mopa
– nuda
– chwilami czuć w powietrzu „Modę na Sukces”
– nuda

OCENA:  6+/10





Blood The Last Vampire

9 11 2010


Chociaż o kinie japońskim zwykło się mawiać: długie czarne włosy, dziewczynka ze studni, czarne przekrwione oczy topielca, to nie ulega wątpliwościom, że kino azjatyckie, to zdecydowanie najoryginalniejsze ze wszystkich mi znanych. Może to kwestia, tego że kraje azjatyckie, tak bardzo różnią się od naszych europejskich, całkowicie inna, dla niektórych nie do pojęcia kultura, muzyka, sztuka etc. Do czego dążę? Ano do tego, że tak jak, będę szczery, postawiłem ostatnimi czasy krzyżyk na produkcjach ze wschodu, tak Blood The Last Vampire, oczarowało mnie totalnie. Pomijając fabułę, która jak w każdym chińskim czy japońskim filmie jest dla mnie średnio na jeża do ogarnięcia. No dobra, jakieś tam swoje filozofie zawsze mają. Tym niemniej, czymś co film Chrisa Nahona odróżnia od zalewającej nas chińskiej tandety, to niepowtarzalne, absolutnie urzekające i oszałamiające doznania wizualne. Pod względem artystycznym, ten film zjada „przyczajonego tygrysa..” na śniadanie, a i po wizycie w „domu sztyletów” ma się bardzo dobrze. Już pierwsze sekundy, sceny w metrze urzekły mnie swoją odmiennością. Kapitalna gra barw, świateł, majstersztyk montażu. To wszystko uderzyło we mnie już w pierwszych sekundach. Szarobure metro, które początkowo z powodzenie mogło by zagrać w każdej pierwszej lepszej produkcji amerykańskiej, zmienia swoje stonowane barwy, na agresywne, ultra kontrastowe. Wyczuwalny, mający nastąpić rychło rozlew krwi, obrazowany jest przez siedzenia w metrze, które z każdą sekundą stają się coraz bardziej wściekle czerwone. Lampy migają, kamera śmiga to tu to tam. Gdzieś mignął kawałek katany… STOP! Kingiem nie jestem, nie zobrazuję tak dobrej sceny. To po prostu trzeba sobie obejrzeć. Tutaj spokojnie można odrzucić na bok fabułkę, dialogi, a nawet dźwięk. Powiem szczerze, nie pamiętam choćby nutki ze ścieżki dźwiękowej, bo całkowicie pochłonął mnie obraz. Film jest bardzo krwawy, a skojarzenia z kinem Tarantino i Kill Billem, całkiem słuszne. Aczkolwiek, jeśli ktoś przywykł do zagrywek Quentina, to nie zrobi to na nim większego wrażenia. Inni widzowie, natomiast powinni odrzucić uprzedzenia do krwawych scen (rozcinanie wrogów symetrycznie mieczem samurajskim, to tutaj chleb powszedni), a może potraktować je jako nielubiany kawałek na znakomitej płycie.
  Chińskie i ogółem azjatyckie kino odżyło w moich oczach. Blood The Last Vampire, to kino zaskakujące. Pod względem fabularnym, aktorskim itp, nie zasługuje na więcej niż 6, jednak niesprawiedliwe byłoby stawiać ten film na równi z innymi gniotami, które ostatnio widziałem. Zazwyczaj nie daję się pokusie, pięknej otoczki zgniłego jaja (viva Avatar!), tym razem jednak muszę ulec, bo pokusa, to prześliczna, a i koniec końców nie do końca nadgniła.

OCENA 8+/10

PLUSY
+ Absolutnie genialny wizualnie
+ montaż – majstersztyk
+ nie taki głupi
+ solidny klimat
+ Jeszcze raz – przepiękny

MINUSY
– jeden z komputerowych demonów zalatuje budżetówką
– fabularnie – przeciętnie
– nie dla każdego (slasherowe sceny)