Harry Nudziarz

27 11 2010

Saga młodego czarodzieja powoli chyli się ku końcowi. Przed nami ostatnie dwie i zdawać by się mogło najbardziej imponujące części Harrego Pottera – Insygnia śmierci. Wstępnie zaznaczyć, muszę że nie rozumiem kwestii, dlaczego (poza ewidentnymi powódkami finansowymi) ostatnia część sagi Rowling rozbita została na dwie filmowe części. Prawda jest, taka że i może owszem najnowsza, świeżutka jeszcze w kinach część Harrego jest bliska książce jak żadna dotąd i stara się ją przedstawić możliwie najdokładniej, ale nie oszukując się jest strasznie nudna. Pierwsza część insygniów, to wyprute z akcji romansidło, pełne bezsensownych „zapchajdziurowych” scen. Akcji tu tyle co kot napłakał, a jak już do jakiejś dochodzi, to wszystko urywane jest zgrabnym wy teleportowaniem się do spokojniejszego miejsca. To oczywiście ukłon w stronę książki i nie mam o to pretensji fabularnych, ale czepiam się, bo dalej nie rozumiem czemu tych nudziarstw nie dało się pociachać i z siódmej części czarodzieja zrobić jednego filmu, a niech tam i 4 godzinnego. W rezultacie otrzymałem coś co doskonale można zobrazować sytuacją: Dajmy na to, że idę do kina na drugą część Władcy Pierścieni (Dwie Wieże), oglądam, oglądam, przeciskam się przez niektóre naprawdę strasznie nudne sceny (dwójka jest najnudniejszą częścią cyklu) no i wreszcie nastaje wyczekiwana przez cały film scena rozpoczęcia bitwy o Helmowy Jar. Nagle ciach, napisy, nara możecie iść do domu. Tak samo czułem się ja, wczoraj w kinie. Bezlitośnie przez twórców wydymany. To prawda, że mogłem się tego spodziewać, ba wręcz wiedziałem, że tak może być. Tym niemniej utrzymywała mnie jakaś taka wiara, że Potter, to jednak Potter, może zagrają klimatem nieuchronnie zbliżającej się bitwy, może jednak miło spędzę czas. Rozczarowałem się. Koniec końców, jadę po filmie, ale było w nim dużo rzeczy, które mi się podobały. Przede wszystkim, rozmach, plenery, muzyka, montaż, ujęcia. Krótko – widać, że jest to produkcja z półki najwyższej k(l)asy. Aktorsko, rewelacyjna Helen Bonham Carter, całkiem znośna Watson i ogólna plejada gwiazd: Nighy i Rickman świetni jak zawsze. Beznadziejnie wypada za to… Radcliffe. Chłopak gra jak kawał kłody. Zresztą co ja mówię, on w ogóle nie gra, on po prostu na ekranie jest. Najbardziej ‚podobała’ mi się scena końcowa, gdy trzymając martwego przyjaciela na rękach robi minę jakby właśnie zjadł ciężkostrawne Taco.
Cóż ‚insygnia’ szczerze mnie zawiodły. Z kina wyszedłem z wielkim niedosytem, ale może to była zagrywka świadoma producentów, bo że na dwójkę pójdę to wiem na pewno, podbudowany jestem nadzieją, że więcej nudy już tam nie uświadczę (może poza piernikowym happy endem), a jako fan dobrego mordobicia i szybkiej akcji (takie moje zwierzęco – męskie instynkty) spodziewam się epickiej bitwy, która w niepamięć rzuci słabą część pierwszą.

PLUSY
+ wykonane znakomicie
+ ścisłość z książką (zaskakująco duża)
+ jak już przychodzi do akcji (mało bo mało), to pokazuje pazurki z przed lat
+ Piąta część była gorsza

MINUSY
– nuda
– Radcliffe gra jak kij od mopa
– nuda
– chwilami czuć w powietrzu „Modę na Sukces”
– nuda

OCENA:  6+/10

Advertisements

Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: