The Elder Scrolls V: SKYRIM – Gra dekady!

4 12 2011

Zasiadając do V części TES, powiem bez bicia zasiadałem bardzo sceptycznie. Przede wszystkim (to już w ogole dno) o tym, że ona wychodzi dowiedziałem się na miesiąc przed premierą. Zajawiłem się trailerem i tak, Skyrim trafił do mojego domu. Lekko rozczarowany wcześniejszym Oblivionem, nie spodziewałem się że spędzę z tą grą więcej niż 5h. Pisząc ten tekst, mam na liczniku tych godzin grubo, ponad 60 i choć mój hype na tą produkcję nieco zmalał, wciąż odpalając Skyrima wsiąkam na kolejne długie godziny przeczesywania jego świata. A ten jest po prostu GIGANTYCZNY. Ogrom rzeczy, które w TES V można robić po prostu przygniata. Najlepszy sandboxowy świat od czasów GTA. Zaraz, powiedziałeś GTA? Tak! Wbrew pozorom, ta gra naprawdę często przypomina flagową serię R*.

Ale po kolei. Zacznijmy od tego co w grach z serii cRPG jest najwazniejsze. O fabule. I tak, w sumie ciężko mi powiedzieć, czy w grze, w której główny wątek (powiedzmy, że takowy da się wyróżnić) traktowany jest na równi z zadaniem, przynieś, podaj, pozamiataj, co w Skyrim jak i w każdym szanującym się erpegu ma wydźwięk: weź zlecenie, po eksploruj trochę lochów, zabij trochę creepów i jednego super creepa, weź hajs, „ajtemy” i wróć do zleceniodawcy. Tak więc czy w takiej grze można oceniać fabułę? Nie do końca. Główny wątek przebija się przez całą grę, a nawet po jej zakończeniu, co można tłumaczyć albo katastrofalnym przepływem informacji, albo bugiem, gdy 10 h po zakończeniu main-questa władcy miast zastanawiają się jak poradzą sobie z tym questem. Gra wciąga jednak nie dlatego, że obchodzi nas los świata i to jaką rolę odegramy w kolejnej misji z cyklu: „zapobiec apokalipsie”, ale to  jak wiele w Skyrim jest do zrobienia. A do tego absolutna wolność w tym, co chcemy robić. Nie ma tutaj ŻADNYCH ograniczeń dla gracza. Robisz wszystko po swojemu. Chcesz olać główny wątek i zając się wypiekiem ciast? Rób to! Chcesz się nauczyć kowalstwa, złodziejstwa, tajnej magii, łucznictwa (…) ? A może chcesz wszystkiego po trochu? Ok, nie ma sprawy. Twoja postać to tabula rasa, nikt nie będzie ci dyktował, że zabicie tego pana jest be, a temu musisz skręcić kark. Bądź zły, bądź dobry, albo miej wszystko w dupie. Wszystko odnotują statystyki, każdy twój krok zostanie czymś innym nagrodzony. Od zawsze czekałem na grę, która da mi taką swobodę. I dobra teraz co bystrzejsi zauważą: A co z Oblivionem, Morrovindem? Odpowiedź jest prosta, Skyrim totalnie uderzył w moje klimaty nordyckich mitologii, smoków, wikingów, śnieżnych zamieci, wojen domowych etc. W tej grze zakochałem się bez pamięci od pierwszych sekund.

Co się tyczy zaś mechaniki rozgrywki. I tutaj nowa gra Bethesdy trochę mnie zawiodła. Żadne krzyki i płacze mnie nie przekonają, że to nie jest konsolowy port. Sterowanie na schemacie k+m jest koszmarne, przynajmniej dla mnie. Prawda pewnie, że jakbym się rozegrał to nie było by to dla mnie problemem już po kilku godzinkach, ale no nie miałem ochoty psuć sobie zabawy przez to, że jakiś klawisz mam za daleko, albo przez to że myszka nawet na najwyższej czułości chodzi jakbym maczał ją w kisielu. Sięgnąłem po pada i nagle ja stary stetryczały komputerowy konserwatysta jedynego słusznego sterowania w erpegach, zrozumiałem jak cholernie wygodnie i przyjemnie jest grać na padzie. Sam używałem go dotąd jedynie w sportówkach i samochodówkach. Tymczasem na czas przejścia Skyrima pożyczyłem od kumpla pada x360 i muszę przyznać, że komfort jaki czerpałem z tego rozwiązania zmusił mnie do zakupu własnego. W Skyrimie wszystko jest „pod pada”, przede wszystkim menu, cały interfejs ekwipunku, magii itp. Rozwalenie się na kanapie z bezprzewodowym padem przed wielkim monitorem pozwoliło mi totalnie zapomnieć o sterowaniu i czerpać garściami to co najlepsze z rozgrywki. Jeśli jeszcze nie spróbowałeś grać na padzie w tą grę, to spróbuj. Gwarantuje Ci, że nie wrócisz k+m.

Wracając jednak do samej mechaniki. Typowo dla każdej produkcji Bethesdy (Fallout) na widok walki bronią białą chce się płakać. Każda broń traktowana jest jako przysłowiowy „bejsbol”. Animacja topora, wielkiego miecza, czy młota nie różni się niczym. Cóż, taki widać urok gier B. Ciekawe jest jednak to, że do Skyrima zostały przeniesione efektowne finishery z Fallouta 3 w bullet time. Tak jak w F3 trochę mnie to irytowało czasami, gdyż uruchamiało się zdecydowanie zbyt często, tak tutaj okazyjny widok, odcinanej głowy gigantycznym final-fantasowym mieczem, albo gruchotanie kości młotem wielkości mamuta, daje duużo satysfakcji i banana na twarzy. Ciekawie rozwiązane jest strzelanie z łuku i stealth-zabijanie na assasyna. Chociaż ja osobiście wybrałem ścieżkę rozwoju broni dwuręcznej, to nie omieszkałem sprawdzić innych opcji. Łucznikiem gra się bardzo ciekawie, przede wszystkim trochę inaczej, bardziej taktycznie. A jeszcze bardziej taktycznie gra się złodziejami i cichymi zabójcami. Tutaj frajda jest niesamowita. Jednak są to rozwiązania na chwilę, bowiem gdy wybiega ci w wąskim korytarzu na twarz 5 kolesi, nawet Legolas nie nadążył by ze strzałami. Tutaj widać przewagę nad rozwiązaniem: tylko ja ty i mój kurewsko wielki miecz, który zaraz poznasz dogłębnie.

Dodatkowo w walce cały czas może pomagać nam „przywołaniec”, ognista lub lodowa zjawa, ożywione zwłoki, ogar kupiony gdzie trzeba i oczywiście nasz „giermek” czyli wiadomo najemnik, który nosi nasze graty. W zasadzie ja mojego, a obecnie moją… żonę (tak można się żenić) tratuję tylko jak kolejny garb do ciężarów, których ja już nie daje rady dźwigać. A złomu znajdujemy tutaj co nie miara. Prawda, że im dalej tym mniej rzeczy nas interesuje. Obecnie na poziomie 34 stosuje ostrą selekcję i rzeczy o wartości poniżej 300 sztuk złota nawet nie tykam. A właśnie, złoto. Osobiście wszelakich handlarzy traktuje tylko jako frajerów, których ograbiam z wszystkich pieniędzy za szmelc, który ode mnie odkupują. Podczas całej wędrówki kupiłem tylko JEDNĄ RZECZ. Były to buty zwiększające mój udźwig, które jak się okazało potem są przedmiotem fabularnym. Nie ma sensu kupować tutaj nic, ponieważ wszystko co jest nam potrzebne, najlepsze zbroje, bronie, amulety i inne pierdoły znajdujemy eksplorując świat. Sam wydaje złoto tylko na zakup włości w miastach i ulepszanie swoich umiejętności u trenerów.

Będąc jednak przy giermkach… należy napomnieć fakt, że ich inteligencja nie przewyższa tej jaką posiada średnio rozwinięty głowonóg. Wrzucam pod tekstem filmik prezentujący jeden z kilku irytujących w grze zacinek. A ponadto notorycznie najemnicy blokując nas w drzwiach, nie nadążają tempa które narzucamy i w rezultacie gdy przemierzamy jakieś ruiny, walczyć musimy sami, bo nasz „garb” jest gdzieś daleko w polu.

I wreszcie, to co podobno 80% graczy interesuje najbardziej: grafika. Cóż mogę powiedzieć, jeśli graliście w produkcje od Bethesdy, niby wiecie czego się spodziewać.  Jednak gra świateł i barw w Skyrim powala. W momencie, kiedy pierwszy raz ujrzałem zorzę polarną z najwyższego szczytu na mapie, zęby zbierałem jeszcze przez 10 minut. Pomyślałem sobie wtedy że dla takich momentów jest się graczem. Ta gra potrafi samym swoim wyglądem zabrać Cię gdzieś daleko, oderwać od wszystkiego. Jest w niej niespotykana magia, która porwała mnie w całości. Po kolana w lodowatej wodzie, którą niemal samemu odczuwałem, przedzierając się przez zaspy śnieżne i w gigantycznej zamieci. Takie momenty tworzą dla mnie stronę wizualną gry. Nie ostre jak brzytwa tekstury, Ultra AA, czy wyrąbane w kosmos efekty cząsteczkowe wybuchów. Może dlatego Crysis nigdy nie przekonał i nie przekona mnie do siebie. Owszem ta gra jest przepiękna, ale DLA MNIE przy Skyrimie jest tylko wielkanocną wydmuszką, nic mnie w niej nie rusza. Oprawa wizualna, to nie tylko to jak twoje oczy odbierają to co się dzieje na ekranie, ale także twoja… hmm dusza? Or something like that. Trochę jak z muzyką, może podobać się twoim uszom, fajnie brzmieć, ale dla mnie ta naprawdę wartościowa, to ta którą mogę włączyć sobie w ciemnym pokoju, która wywołuje we mnie emocje, porusza, czegoś ode mnie wymaga. A wszystkim fanom dobrej grafiki mogę powiedzieć, że się nie zawiedziecie. Owszem są momenty gdzie oglądając jakiś miecz, czy kawałki desek na moście, stwierdzisz: matko jakie to szpetne, zalatuje pierwszym Gothickiem, ale zaraz potem odwrócisz kamerę i stwierdzisz: pierdolić ten miecz, ta gra jest PIĘKNA! Do tego całość dopełnia REWELACYJNA muzyka, która zagościła już w mojej mp3. Symfoniczne brzmienia, idealnie dopasowane do tego co dzieje się an ekranie. A dla krótkiego utworu który aktywuje się gdy wbijemy nowy level, powinna być osobna kategoria w następnych Grammy. Absolutnie fantastyczna sprawa.

I taki jest właśnie cały Skyirm. Jeśli kochasz gry cRPG, zagrywałeś się w takie klasyki jak Gothick, Morrovind etc. to spędzisz z tą grą dłuuuuuuuugie godziny. W tytule stwierdziłem, że nowe Elder Scrolls to gra dekady. To moje specyficzne odczucie i oczywiście mówię tutaj o gatunku RPG. Niewątpliwie jednak jest to mój pewniak do gry roku. Jeszcze 4 miesiące temu wskazałbym w tej kategorii patriotycznie Wiedźmina 2. Ale jako wielki fan Wieśka, sam byłem zaskoczony, jak blado wypadła produkcja CD RED przy Skyrimie. Marzy mi się Wiedźmin 3 z taką swobodą jak nowa gra Bethesdy. To byłoby coś wielkiego. Chociaż myślę, że z przeżyciami jakich dostarczył mi Skyrim, długo żadna gra nie będzie mogła się równać. Dzięki ci Bethesdo! A Ty graczu, jeśli jeszcze się wahałeś czy warto… Nic lepszego w tej kategorii nie znajdziesz, więc idź, kupuj i nie zapomnij wziąć sobie urlopu w pracy, albo powiadomić znajomych że przez kilka tygodni nie dasz znaku życia :).

OCENA 10/10

SKYRIM FACEPALM





Jak zrobić dobry film

30 01 2011

Zeszły rok w kinematografii był dla mnie strasznym przeżyciem, braki w napływie wartościowych i solidnych premier utwierdzały mnie w przekonaniu, że dziś o konkretne kino na prawdę ciężko. Dzięki boku mamy jednak Firtha i Rusha, a to wszystko w prześwietnym: „Jak zostać królem”. Powiem szczerze, że do filmu tego podszedłem z lekką dozą dezaprobaty, a to dlatego, że ostatnie wybory akademii nie zachwycały, a tutaj proszę 12 oskarowych szans. Mogło być więc, albo tak dobrze, albo znowu mógłbym wyjść z kina z wielkim ‚wtf?’ i gigantycznym niedosytem. Na szczęście, moje cierpienia zostały nagrodzone. Jak zostać królem, to zdecydowanie najlepszy film zeszłego roku, a także jeden z tych do których będę prawdopodobnie jeszcze nie raz wracał. Opowiada, krótką zwięzła historię, której akcja skupia się w okół skądinąd błahostki, która jednak wciąga niesamowicie. No bo czy jąkający się król, to może być temat na świetny film? Tak, tak i jeszcze raz tak. Tom Hooper, pokazał, że kinem wciąż można się znakomicie bawić. Dostajemy film biograficzny podany w lekkiej i zwiewnej formie. Wszystko opasane, klimatem, który aż wylewa się potokiem z ekranów. Do tego jest i śmiesznie i poważnie. Obraz kompletny, przepiękny wizualnie, świetnie udźwiękowiony, a do tego jak zagrany.
Cały film skradł duet Firth & Rush. Tutaj nie ma nawet co opisywać, bo to trzeba po prostu zobaczyć. Dla mnie duet absolutnie oscarowy. Cieszę się też, że właśnie Geoffrey Rush, którego darzę wielką sympatią, jeszcze z czasów ‚piratów’, dostał w końcu rolę w której mógł się w pełni pokazać jako świetny aktor. Pokrótce podsumowując też, filmy które zamiotły nominacje do Oskarów. Zdążyłem większość obejrzeć i tak:

CZARNY ŁABĘDŹ: Na prawdę chciałbym, żeby Aronofsky skończył ze swoją konwencją filmów pod psychodelię, bo to już się zwyczajnie przejadło. Wszystkie schematy i zagrywki z Requiem, Pi, Źródła widać i tutaj. I tak dostajemy, nie mówię bardzo solidną produkcję, ciekawą historię i absolutnie genialną Portman, ale całość cierpi po prostu na chorobę Aronofskiego. „Każdy jego film musi nam poryć po bani trochę”. Do tematyki Łabędzia, pasowało mi to jak kij do oka i chociaż film wciągnął mnie bezlitośnie, a ostatnie 20 minut zrobiło lekki opad szczeny, to … gdzieś już to widziałem. 8/10

SOCIAL NETWORK
: Szczerze, to film podpasywałby mi pod jedynkowe ‚okruchy życia’. To też świetnie zrealizowany projekt, przez wielu ochrzczony współczesnymi „12 gniewnymi”. Mnie jednak nic w nim nie urzekło, no może to na jakim świecie żyjemy i jak trwonimy czas czytając kto dziś zaliczył a kto nie. Trochę, smutne. 7++/10

INCEPCJA
: Recenzja do przeczytania kilka postów niżej, ale dalej podtrzymuję, że jeśli Oskar, to tylko za efekty.

Szykuję się właśnie na „Prawdziwe Męstwo” i sporo sobie po tej produkcji obiecuję. Jak będzie dowiecie się za jakiś czas. Stay Tunned.

I tak właśnie wygląda moje pięć groszy w kwestii Oscarów. Trzymam mocno kciuki za ‚króla’, bo to kawał na prawdę dobrego kina, nieopierający się na dyrdymałach i efektach, co jest dziś już coraz rzadziej spotykane. A Colin Firth a.k.a. jąkała, to postać, którą śmiało mogę postawić obok Corleone – Brando. Klasa światowa.

PLUSY:
+ Colin Firth, Geoffrey Rush, Helena Bonham Carter (…)
+ prostota
+ klimat, klimat, klimat
+ całe wykonanie (zdjęcia, muzyka etc.)

MINUSY:
– od wielkiej biedy, chwilami może się dłużyć

OCENA 9++/10





Temat sPiłowany

11 12 2010

Piła to w moim odczuciu sztandarowa seria naszych czasów. Naszych, znaczy obecnych w kinematografii. Wielu owo kino może się podobać, a wielu nie. To, że współczesne produkcje dzielą widzów na fanatycznych wyznawców i zagorzałych hejterów powinniśmy się już przyzwyczaić. Co się tyczy Jigsawa i s-ki, moim skromnym zdaniem, które powtarzam jak mantrę od 5 bodaj już lat, Piła skończyć się powinna w miejscu gdzie się narodziła, czyli w pierwszej części, którą osobiście wpisuję na listę bardzo dobrego kina lat 2000 i wyżej. Świeża, niekonwencjonalna, zaskakująca, szokująca, taka właśnie była pierwsza Piła, która przebojem wbiła się do skostniałego nieco kina mrocznych thrillerów. Pechowo jednak, dała błędną w odbiorze modę na robienie kina slasherowego, gdzie się tylko da. Zamiast zabrać z produkcji Wana, to co było w niej najlepsze, to jest nietuzinkowo prowadzoną akcję, niezły klimat i zaskakujące zwroty akcji, większość reżyserów, a raczej scenarzystów kina, które śmie zwać się horrorem, nabrała wiadra krwi, flaczki, jelita grube, cienkie i oczywiście ‚smakowite’ łupiny mózgu walające się na ekranie. Premiera Piły jest momentem zwrotnym całego kina, które później jak pisałem nazywane zostaje horrorem. Ustalmy fakt, którego nie potrafią odróżnić producenci i kina na całym świecie. Nie każdy film, którego nie zakwalifikujemy do sensacyjnych czy thrillerów, o szajbusie mordującym bogu ducha winnych cywili jest horrorem do ciężkiej cholery. Wracając jednak do tematu; Piła jako jednostka z 2004 roku – tak, Piła jako saga – nigdy. Szczerze mówiąc nie jestem w stanie przypomnieć sobie o czym było ostatnie… sześć części. Wszystko zlewa mi się w jedną jatkę, a gdy ktoś pyta mi się czy widziałem nową Piłę, do głowy napływają mi tylko obrazy starych rzeźni, odrapanych drzwi i masy juchy na ekranie. Sensu nie widzę w tym żadnego. Żadne też krzyki i płacze mnie nie przekonają, że rozwleczenie tego filmu na taki serialowy byt nie było spowodowane skokiem na łatwą skądinąd kasiorę. Ostatnia część cyklu (miejmy nadzieję, ostatnia) jest po prostu beznadziejna. I w zasadzie spokojnie obdarzyć można by ją numerem pięć, cztery, trzy (…), nie miałoby to żadnego znaczenia, bo wszystkie Piły kończą się tak samo: wielkim „emocjonującym” finałem (zieew) i zdaniem „Game Over”. A takie pierduśińskie tłumaczenia jakie usłyszałem na końcu siódemki, to żadna nowość i ani trochę nie odczułem, że to już może być koniec cyklu. Tak więc w wielkiej spowiedzi końcowej Jigsawa, widziałem wszystko to co zawsze. Dużo pił tarczowych, krwi a także, jakże wyrafinowaną nowość, rozrywane ludzkie ciała. Tak panie i panowie, to już tylko do wyśmiania. Ponadto, co większy maniacy, rozkoszować się mogli całością w 3D. Wszyscy masochiści wyszli więc z kina na pewno usatysfakcjonowani. Scenariusz zaś jest tak głupi, że ręce z nogami opadają. Całości nie ratuje także aktorstwo, które wypada strasznie słabo, no ale czego spodziewać się można po filmie, gdzie zagrał nawet wokalista Linkinów. Najlepiej wypada tutaj sam Jigsaw, który nie wiedzieć czemu znowu pojawia się na ekranie w mikro epizodzie. Jeśli miałby więc wymienić tutaj jakikolwiek plus, to muzyka i temat przewodni, ale ten to akurat pochodzi jeszcze z dobrych czasów, gdy Piła nie miała rzymskich cyferek po tytule, oraz coś co zawsze mi się w całej serii podobało. Mianowicie plakaty, kupę dobrej roboty odstawiali producenci, by ten niestrawny żużel wciąż sprzedawać, bo kampanie reklamowe, to coś czego akurat inne filmy mogą Pile pozazdrościć. Tylko, że dobre filmy nie muszą się reklamować a i tak się sprzedadzą, szkoda że w natłoku grubych zer na koncie twórcy o tym zapomnieli.

PLUSY:
+ to już koniec
+ Jigsaw
+ muzyka
+ kampania reklamowa

MINUSY:
– aktorstwo
– co słabsi bez worka nie dadzą rady
– nuda
– wtórność
– idiotyzm niektórych scen, jak i zresztą większości scenariusza

OCENA: 2=/10





Harry Nudziarz

27 11 2010

Saga młodego czarodzieja powoli chyli się ku końcowi. Przed nami ostatnie dwie i zdawać by się mogło najbardziej imponujące części Harrego Pottera – Insygnia śmierci. Wstępnie zaznaczyć, muszę że nie rozumiem kwestii, dlaczego (poza ewidentnymi powódkami finansowymi) ostatnia część sagi Rowling rozbita została na dwie filmowe części. Prawda jest, taka że i może owszem najnowsza, świeżutka jeszcze w kinach część Harrego jest bliska książce jak żadna dotąd i stara się ją przedstawić możliwie najdokładniej, ale nie oszukując się jest strasznie nudna. Pierwsza część insygniów, to wyprute z akcji romansidło, pełne bezsensownych „zapchajdziurowych” scen. Akcji tu tyle co kot napłakał, a jak już do jakiejś dochodzi, to wszystko urywane jest zgrabnym wy teleportowaniem się do spokojniejszego miejsca. To oczywiście ukłon w stronę książki i nie mam o to pretensji fabularnych, ale czepiam się, bo dalej nie rozumiem czemu tych nudziarstw nie dało się pociachać i z siódmej części czarodzieja zrobić jednego filmu, a niech tam i 4 godzinnego. W rezultacie otrzymałem coś co doskonale można zobrazować sytuacją: Dajmy na to, że idę do kina na drugą część Władcy Pierścieni (Dwie Wieże), oglądam, oglądam, przeciskam się przez niektóre naprawdę strasznie nudne sceny (dwójka jest najnudniejszą częścią cyklu) no i wreszcie nastaje wyczekiwana przez cały film scena rozpoczęcia bitwy o Helmowy Jar. Nagle ciach, napisy, nara możecie iść do domu. Tak samo czułem się ja, wczoraj w kinie. Bezlitośnie przez twórców wydymany. To prawda, że mogłem się tego spodziewać, ba wręcz wiedziałem, że tak może być. Tym niemniej utrzymywała mnie jakaś taka wiara, że Potter, to jednak Potter, może zagrają klimatem nieuchronnie zbliżającej się bitwy, może jednak miło spędzę czas. Rozczarowałem się. Koniec końców, jadę po filmie, ale było w nim dużo rzeczy, które mi się podobały. Przede wszystkim, rozmach, plenery, muzyka, montaż, ujęcia. Krótko – widać, że jest to produkcja z półki najwyższej k(l)asy. Aktorsko, rewelacyjna Helen Bonham Carter, całkiem znośna Watson i ogólna plejada gwiazd: Nighy i Rickman świetni jak zawsze. Beznadziejnie wypada za to… Radcliffe. Chłopak gra jak kawał kłody. Zresztą co ja mówię, on w ogóle nie gra, on po prostu na ekranie jest. Najbardziej ‚podobała’ mi się scena końcowa, gdy trzymając martwego przyjaciela na rękach robi minę jakby właśnie zjadł ciężkostrawne Taco.
Cóż ‚insygnia’ szczerze mnie zawiodły. Z kina wyszedłem z wielkim niedosytem, ale może to była zagrywka świadoma producentów, bo że na dwójkę pójdę to wiem na pewno, podbudowany jestem nadzieją, że więcej nudy już tam nie uświadczę (może poza piernikowym happy endem), a jako fan dobrego mordobicia i szybkiej akcji (takie moje zwierzęco – męskie instynkty) spodziewam się epickiej bitwy, która w niepamięć rzuci słabą część pierwszą.

PLUSY
+ wykonane znakomicie
+ ścisłość z książką (zaskakująco duża)
+ jak już przychodzi do akcji (mało bo mało), to pokazuje pazurki z przed lat
+ Piąta część była gorsza

MINUSY
– nuda
– Radcliffe gra jak kij od mopa
– nuda
– chwilami czuć w powietrzu „Modę na Sukces”
– nuda

OCENA:  6+/10





Incepcja

11 08 2010

Incepcję, dotknął problem, który dotyka wiele filmów. Prosty problem, przed którym nie uchronił się i Nolan. Przekombinowany, to słowo klucz dla Incepcji. Film na całej płaszczyźnie, jest praktycznie bez zarzutu, ogląda go się z nieukrywaną fascynacją, tym niemniej nie można nie odnieść wrażenia, że niektóre rozwiązania, są siłowo przekombinowane. Mowa tu choćby o wątku limbo i mieszkającej tam zmarłej żony Doma. Chwilami zastanawiałem się co trzeba palić, aby wymyślić coś takiego. Nie wiem, ale tą część scenariusza, wytrzasnąłbym do kosza i nie mieszał widzom w głowach. Widać jednak, że Nolan wymusił, również dzięki limbo, gorące dyskusje na forach z całego świata: „Zatrzymało się to cholerstwo, czy nie?” (widzowie załapią).  Jak jednak mówiłem, poza tym szczegółem cały film jest znakomity. Poprzez świetną muzykę (raz jeszcze ukłon dla Zimmera), niezłe zdjęcia, znakomite aktorstwo (zresztą z plejadą docenionych gwiazd), czy choćby zwyczajne efekciarstwo dla niedzielnych widzów. Ma wszystko, to co dobry film mieć powinien. Niemniej jednak, mimo tego co wyrabia się na stronach typu filmweb (średnia 8,8!), czy imdb (TOP 3), nie podpiszę się pod bałwochwalczymi pokłonami dla Nolana. Incepcji daleko do miana arcydzieła gdyż, podobnie jak przy „Mrocznym Rycerzu”, wyczuwa się tutaj nutę komercyjnej chałtury. No, bo czy film, którego pierwotnym założeniem było zmuszenie do myślenia, oraz do mnogiej ilości interpretacji, musi być upiększany w takie tony efektów specjalnych, huki z ekranu i wszystko, to do czego przyzwyczaiły nas raczej Transformery? Moim zdaniem, nie. I nie podoba mi się, to że także filmy pokroju Incepcji muszą mieć „niezbędną” ilość fajerwerków, by w ogóle zainteresować niektórych widzów. Dość powiedzieć, że gdyby powstały dziś filmy takie jak: „12 gniewnych ludzi”, czy zaryzykuję stwierdzenie „Psychoza”! odniosłyby znikomy sukces komercyjny, a zauważony zostałby tylko przez garstkę kino maniaków.
 Wracając jednak do tematu. Incepcja, to kawał dobrej roboty, film zdecydowanie warty polecenia i oczywiście obejrzenia. Bez dwóch zdań, jeden z najlepszych filmów jakie widziałem ostatnio w kinie i jeden z najciekawszych w tym roku. Ale czy mamy do czynienia z filmem przełomowym? Arcydziełem? Nie sądzę.

PLUSY:

+ DiCaprio, Page, Cotillard (…)
+ Muzyka Zimmera
+ oryginalność
+ mnogość interpretacji

MINUSY

– miejscami zalatuje kiczem i przekombinowanymi rozwiązaniami fabularnymi
– czasem zwyczajnie efekciarski

OCENA 8/10





SUMMER MOVIES

10 06 2010

Co robisz, gdy środek kalendarzowego lata spędzasz w domu, a za oknem leje i ogólnie ciemno szaro, ponuro? Czegokolwiek byś wówczas nie wymyślił, ja polecam ci włączyć w takiej sytuacji DVD, lub udać się do kina i odprężyć się przy dobrym seansie. Deszczowe wakacyjne dni, to najlepszy czas na odrabianie zaległości, a także wysyp superprodukcji w kinach. Każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Wchodzą sztampowe produkcje od Pixara i Disneya, jakimi są np. czwarty już Shrek, czy Toy Story 3. Mimo tego, że animacje zdominowały ostatnio żarty słowne, a co za tym idzie ich target to raczej widzowie powyżej 15 roku życia, nie spodziewam się, aby tegoroczne sequele ten poziom utrzymały. Sam Shrek nie zbiera rewelacyjnych not (u nas jak zwykle premiera ze sporym poślizgiem) cierpi zresztą również na systematyczny spadek formy z numeru na numer wyżej, a biorąc pod uwagę, to, że trójka była co najwyżej niezła nie spodziewajmy się cudów. W historyjkach zabawek Andy’ego natomiast nie pokładam wielkiej nadziei z prostego powodu. Jest, to ewidentny skok na kasę, a takie początki jeszcze nigdy nie wyszły, żadnej produkcji na dobre. Dlatego, też mimo wszystko te dwie produkcje polecam skreślić z listy „must watch”.

  Fanom mocnego kina akcji i w ogóle filmów sensacyjnych, polecam zdecydowanie film Nimróda Antala: „Predators”. Każdy na pewno, kojarzy kultowy pierwowzór z Arniem, a jak nie, to warto właśnie w te wakacje go sobie przypomnieć przed premierą Predators, (albo schować głowę w piach ze wstydu). Film to klasyczny sci-fi, czyli walka Marine z kosmitami, tym razem w egzotycznej dżungli. Niby nic odkrywczego (ani nawet specjalnie oryginalnego – patrz część pierwsza), ale weźmy pod uwagę, to że w rolach głównych zobaczymy Laurenca „Morfeusza” Fishburne’a, niezwykle charakterystyczną facjatę Danny’ego Trejo, czy zdobywcę Oskara Adriena Brody’ego.  A całość zrealizowana została pod czujnym okiem Roberta Rodrigueza – twórcy wizualnych majstersztyków, jak Sin City, czy Grindhouse. Możemy być więc spokojni o jakość rozrywki.

Idąc za ciosem miłośnicy kina akcji nie mogą, zwyczajnie NIE MOGĄ, przejść obojętnie obok drugiej produkcji z fabryki Roberta, która zawita do naszych kin pod koniec sierpnia. Mowa, o generalnym hołdzie dla filmów, które Rodriguez kręcił wraz z Tarantino, oraz dla takiej klasyki jak El mariachi ( bardziej znane jako późniejszy remaque – Desperado z Banderasem). Film zatytułowany „Machete”, opowiada historię, postaci, która we wszystkich wymienionych produkcjach brała udział. Machete, to były agent federalny, mszczący się w bezwzględny sposób na swoich dawnych pracodawcach. W krwawej vendetcie towarzyszyć mu będzie nie kto inny jak… ksiądz, zdecydowany nie krzywdzić, żadnej istoty ludzkiej. Co z tego wyniknie przekonamy się 18 sierpnia. Za miarę dobrego wyboru niech poświadczy chociażby obsada: Trejo, Seagal, Alba, Michelle Rodriguez czy Robert De Niro!

Zwolennikom i zwolenniczkom delikatniejszej rozrywki, warto będzie zainteresować się produkcjami lekkimi i łatwymi, jakimi na pewno będą produkcje takie jak nowa odsłona Step Up, lub również trzecia już część Sagi Zmierzchu. Za pierwszym przemawia przede wszystkim odbiór artystyczny, układów tanecznych, czy ścieżki dźwiękowej, na której ponownie zawita między innymi: T-Pain, Lil Wayne, a także Linkin Park(?). Film wejdzie do kin na początku sierpnia i będzie dostępny również w wersji 3D. Ta premiera będzie na pewno dobrym pretekstem do zapoznania się, lub przypomnienia innych tytułów tanecznych. Oczywiście mam tu na myśli Dirty Dancing, ale również wcześniejsze odsłony Step Up. Zdecydowanie odradzam kontakt z polską produkcją „Kochaj i Tańcz”, gdyż są to absolutnie zmarnowane dwie godziny. Druga propozycja na pewno przyciągnie do kin, zwolenniczki historii Stephenie Meyer, a ich zachęcać do seansu nie trzeba. Innym fanom romansów polecał bym jednak zostawienie „mroku” Zmierzchu, na rzecz klasyki, jak „Lepiej późno niż później” z zawsze świetnymi Jackiem Nicholsonem i Diane Keaton, czy „Czekolady” z Deppem. Warto też zainteresować się nadzwyczaj udaną produkcją Marca Webba: „500 dni miłości”.

Bardziej wysublimowani kinomani, odnajdą coś w znakomicie się zapowiadającej „Incepcji”, opowiadającej o zaawansowanych technologiach mogących działać w naszej świadomości i integrować w ludzki umysł. Świetna jest tu także obsada: DiCaprio, Marion Cotillard, czy świeża krew Ellen Page („Juno”, „Pułapka”). Całość wyreżyserował, twórca „Mrocznego Rycerza” Christopher Nolan, a film trafi do kin na przełomie lipca i sierpnia. Ci sami kinomani nie powinni przechodzić obojętnie także obok „Oczy szeroko otwartych” debiutującego reżysera Haima Tabakmana.

Jak zawsze zresztą, można też odkurzyć półkę klasyki, z takimi flagowcami jak: „Skazazni na Shawshank”, „Ojciec Chrzestny”, czy „Forrest Gump”. Ale je zapewne większość zna na pamięć, a wakacje, to raczej czas, aby ponarabiać zaległości w nowościach.

Oczywiście wiadomo, że nie da się pomieścić wszystkich filmów godnych polecenia tego lata w tak krótkim tekście, ale mam nadzieję, że absolutnie niezdecydowanych i gubiących się w natłoku premier udało się choć trochę nakierować. Wiadomo, także, że każdy sam najlepiej zadecyduje na co ma ochotę.  Tak czy inaczej życzę wszystkim trafnych wyborów i udanych wakacji.





Piaskownica

22 05 2010

Filmy Bruckheimera są jak cut-filmik przedstawiający logo jego wytwórni, (jak ktoś nie kojarzy, pod spodem filmik (zmieniona muzyka)) Najpierw dostajemy szaloną jazdę po autostradzie, by w chwilę potem po chwili zwolnienia oberwać piorunem. No chciałoby się rzec, że nie inaczej jest w przypadku Księcia Persji. W zasadzie w przypadku wysokobudżetowych produkcji disneyowskich nie mam problemu z przytaknięciem (choćby tacy piraci). Jednak już po pierwszych 30 minutach zauważyć można, że „piaskom” do Sparrowa i spółki sporo brakuje. Ja osobiście odczułem wrażanie jakby cały film był zrobiony na pół gwizdka. Efekty niby są, ale na kolana nie zwalają, miejscami zresztą są zwyczajnie słabe i trochę budżetowe. Podobnie z fabułą (od razu mówię, że w trylogię piasków nie grałem), która nie porywa. Chociaż jak wiadomo nie ona gra tutaj pierwsze skrzypce (ani nawet drugie, czy trzecie). Przeciętny „pożeracz popcornu” obserwuje jedynie jej zarys i liczy, że wszystko będzie dobrze (no i zazwyczaj jest). Chyba sami twórcy zdawali sobie jednak sprawę, że Książę nie dysponuje wiele większą artylerią niż popyt na znany i lubiany przez wielu tytuł serii gier komputerowych, o czym świadczy fakt umiejscowienia jego premiery przed sezonem letnich gigantów, jak Shrek 4 czy Toy story 3, które na pewno zarobią krocie. Przejdźmy jednak do samego filmu. Rzecz i walki toczą się: gdzie? w starożytnej Persji, o co? o sztylet mający moc cofania się w czasie, o władzę, oraz jak zwykle sztampowe ratowanie świata. Tej jakże szlachetnej misji podołać ma Dastan, ale sprawy się nieco komplikują, gdy zostaje on oskarżony o zabójstwo króla i zmuszony jest z Persji czym prędzej, w podskokach (i to dosłownie, wszak to ekranizacja bodaj najlepszej gry zręcznościowej, taktującej w 90% o bieganiu i skakaniu) spierdzielać. Podczas ratowania świata, a jednocześnie oczyszczania swojego imienia napotka na swojej drodze spore zastępy rządnych jego głowy (a raczej nagrody za nią) wojowników. Mi szczególnie spodobali się assassyni, znakomicie i niezwykle klimatycznie przedstawieni. We wszystkim zaś towarzyszyć mu będzie (nie do końca z własnej woli ale nie będę zdradzać) Tamina (świetna w tej roli Gemma Arterton). Historia jak mówiłem mnie osobiście średnio wciągnęła, ale i tak jestem pełen podziwu dla scenarzystów. W tego typu produkcjach miecze krzyżują gęsto i często (nie oszukujmy się, tym disneyem na początku), a tutaj scen walki nie ma aż tak dużo (i bardzo dobrze), a kiedy już są to ogląda się je z przyjemnością, jako smaczki w filmie, a nie jako rutynową falę przeciwników, który nasz heros musi bezwzględnie zabić (zieew). Zabrakło mi tutaj jednak tego do czego Bruckheimerowe produkcje mnie przyzwyczaiły, mianowicie znakomitej muzyki. Brakuje potwornie Zimmera i jego tematów przewodnich. Żaden z podkładów nie zapadł mi szczególnie w pamięć. A szkoda, bo klimaty perskie można było duuużo lepiej przedstawić. Koniec, końców Książę jako kino rozrywkowe wciąż sprawdza się świetnie. Wiele scen z rozmachem, najlepsza to chyba ta w której Dastan wspina się po murze, dzięki wystrzeliwanym rytmicznie strzałom. Wiele również rozluźniających tępo, takich gdzie można się kilka razy uśmiechnąć. Ale czy „piaski”, to film do którego będę miał ochotę powrócić? Raczej wątpię.

PLUSY
– efekty specjalne (raczej nie dziwota)

– ciekawa kolorystyka (miejscami)

– jako kino rozrywkowe, znakomite

– Assassyni

– Gemma Arterton

MINUSY
– słaba muzyka

– fabuła nie wciąga

– efekty specjalne (czasami zdają się budżetowe)

– ogólna drętwota głównego bohatera

OCENA 6++