Incepcja

11 08 2010

Incepcję, dotknął problem, który dotyka wiele filmów. Prosty problem, przed którym nie uchronił się i Nolan. Przekombinowany, to słowo klucz dla Incepcji. Film na całej płaszczyźnie, jest praktycznie bez zarzutu, ogląda go się z nieukrywaną fascynacją, tym niemniej nie można nie odnieść wrażenia, że niektóre rozwiązania, są siłowo przekombinowane. Mowa tu choćby o wątku limbo i mieszkającej tam zmarłej żony Doma. Chwilami zastanawiałem się co trzeba palić, aby wymyślić coś takiego. Nie wiem, ale tą część scenariusza, wytrzasnąłbym do kosza i nie mieszał widzom w głowach. Widać jednak, że Nolan wymusił, również dzięki limbo, gorące dyskusje na forach z całego świata: „Zatrzymało się to cholerstwo, czy nie?” (widzowie załapią).  Jak jednak mówiłem, poza tym szczegółem cały film jest znakomity. Poprzez świetną muzykę (raz jeszcze ukłon dla Zimmera), niezłe zdjęcia, znakomite aktorstwo (zresztą z plejadą docenionych gwiazd), czy choćby zwyczajne efekciarstwo dla niedzielnych widzów. Ma wszystko, to co dobry film mieć powinien. Niemniej jednak, mimo tego co wyrabia się na stronach typu filmweb (średnia 8,8!), czy imdb (TOP 3), nie podpiszę się pod bałwochwalczymi pokłonami dla Nolana. Incepcji daleko do miana arcydzieła gdyż, podobnie jak przy „Mrocznym Rycerzu”, wyczuwa się tutaj nutę komercyjnej chałtury. No, bo czy film, którego pierwotnym założeniem było zmuszenie do myślenia, oraz do mnogiej ilości interpretacji, musi być upiększany w takie tony efektów specjalnych, huki z ekranu i wszystko, to do czego przyzwyczaiły nas raczej Transformery? Moim zdaniem, nie. I nie podoba mi się, to że także filmy pokroju Incepcji muszą mieć „niezbędną” ilość fajerwerków, by w ogóle zainteresować niektórych widzów. Dość powiedzieć, że gdyby powstały dziś filmy takie jak: „12 gniewnych ludzi”, czy zaryzykuję stwierdzenie „Psychoza”! odniosłyby znikomy sukces komercyjny, a zauważony zostałby tylko przez garstkę kino maniaków.
 Wracając jednak do tematu. Incepcja, to kawał dobrej roboty, film zdecydowanie warty polecenia i oczywiście obejrzenia. Bez dwóch zdań, jeden z najlepszych filmów jakie widziałem ostatnio w kinie i jeden z najciekawszych w tym roku. Ale czy mamy do czynienia z filmem przełomowym? Arcydziełem? Nie sądzę.

PLUSY:

+ DiCaprio, Page, Cotillard (…)
+ Muzyka Zimmera
+ oryginalność
+ mnogość interpretacji

MINUSY

– miejscami zalatuje kiczem i przekombinowanymi rozwiązaniami fabularnymi
– czasem zwyczajnie efekciarski

OCENA 8/10

Reklamy




Predators

25 07 2010

Sequele starych filmów, w dodatku takich klasyków do jakich bez wątpienia należy pierwszy  Predator, są chyba obciążone jakąś klątwą. Przecież film z taką obsadą, pod okiem samego Roberta Rodrigueza, był wydawać by się mogło skazany na sukces. Analogiczna choć wiadomo, że innego rodzaju sytuacja miała miejsce w Realu Madryt. Wydane ogromne pieniądze na sprowadzenie samych gwiazd. Budowa zespołu marzeń, który kończy sezon z niczym, mimo, że w Lidze Mistrzów gra inaczej, to odpada jak zawsze przedwcześnie (z Lyonem). Predators rozczarowało mnie bardzo boleśnie i to na całej linii. Jako wielki fan pierwszej części, czułem się bezlitośnie oszukany przez twórców, oraz odczuwałem nieprzyjemne Deja Vu. Ale przejdźmy już do mięsa. Wszystko zaczyna się bardzo klimatycznie i od mocnego uderzenia, niczym u samego mistrza suspensu. A wiec grupka żołnierzy (?) z całej niemal kuli ziemskiej trafia do dżungli. Żaden z nich nie wie jak się w niej znalazł. Każdy obudził się przypięty do spadochronu w powietrzu. Kogo tutaj nie ma. Meksykaniec (zdecydowanie najlepsza postać w filmie, wiadomo Trejo), żołnierz wyrwany z czeczeńskiego konfliktu, czarnoskóry muzułmanin (?), również żołnierz, dodatkowo skazaniec ścigany przez FBI, „mydełkowaty” medyk, samuraj w garniturze i… Adrien vel Pianista Brody (totalne nieporozumienie przy castingu). Fabuła nie jest skomplikowana jak to w filmach akcji bywa. Tym nie mniej scenariusz jest do bólu przewidywalny, do tego strasznie irytujący miejscami. A niektóre sceny są żywcem wydarte z pierwowzoru. Zresztą jak już jesteśmy przy zżynaniu, to twórcy poużywali sobie na jedynce aż miło. Cała muzyka, to chyba jedno wielkie kopiuj/wklej. Nie, to że jest ona zła. Wiadomo, że nie. Ba! Brzmi tak samo dobrze jak 20 lat temu. Ja rozumiem wykorzystać motyw przewodni z filmu (zrozumiałe), ale nie całą ścieżkę! Do tego dochodzą te zwalone sceny… Brody, ewidentnie udający Schwarzeneggera, wygląda po prostu T.R.A.G.I.C.Z.N.I.E.! Jego niby męskość i zachowanie maczo w tym filmie wywołuje tylko śmiech i zażenowanie. Ten aktor się zwyczajnie nie nadaje do takiej roli. A momenty w których przeklina, gra jak kłoda drewna (a przecież aktor z niego świetny). No i scena pod koniec (to nie spojler jeśli widziałeś/aś pierwszego Predatora) gdy smaruje się błotem. Brakowało tylko okrzyków Arniego, ale Brody prawdopodobnie straciłby głos w takiej scenie. Ale nie tylko on kopiuje. Scena w której samuraj staje do pojedynku z Predatorem, to analogia sceny  z jedynki, gdy Billy staje na kłodzie drewna i nacina się nożem. Tak więc brakowało tylko tego nacięcia. Rusek natomiast chodzi zupełnie jak Blaine, no litości ma nawet taki sam minigun, tylko nie żuje ciągle. Skazaniec, to kopia sprośnego dowcipnisia, z tym że nie ginie jako pierwszy. Czarny muzułmanin,to z kolei Eliot, z tym, że nie ściera potu maszynką. Praktycznie cały team został przekalkowany. Jak się chce tak bezwstydnie zżynać, to po co Predators nazywać sequelem. Toż to zwykły remake. Ten film ratuje tylko Laurence „Morfeusz” Fishburne. Zdecydowanie najlepiej wywiązał się z roli (krótkiej fakt, ale treściwej), oraz niektóre nowości, jak choćby wojna domowa predatorów. Podział na predatorów klasy wyższej i niższej w hierarchii. Całkiem ciekawy pomysł.

Podsumowując „Predators”, to film, którego potencjał zarżnięto tuż przy narodzinach. Liczne absurdy; Fishburne żyje w jakimś zdezelowanym statku 10 sezonów, ale do cholery jak? Co je? Poluje na coś? Można to było chociaż pokrótce wyjaśnić, albo scena gdy Brody rozmawia z predatorem. Owszem oni zapamiętywali niektóre słowa, ale raczej bezmyślnie je tylko powtarzali, a nie rozumieli. Do tego: wyrwanie kręgosłupa z głową. Już w grze Alien vs Predator, budziło to zażenowanie, a co dopiero w filmie. No i wreszcie scena która nie wymaga komentarza. Predator przeżył wybuch 7 granatów, leżących niecały metr od niego, aby chwile potem zginąć od metalowego toporka. Nie mam pytań. Niech to zresztą da jakiś obraz tego filmu. Jeśli, ktoś myślał czy się na niego wybrać do kina, a jest fanem jedynki, to najlepiej zrobi jak załączy DVD właśnie z nią i oszczędzi sobie irytacji w kinie. W tym filmie spartaczono wszystko, nawet „Long Tall Sally” na napisach zostało puszczone o dwa obroty wyżej. Wszystko z duchem czasu. Może, to właśnie fani pędzącej w filmie elektroniki (3D, mniej treści więcej komputera) są targetem tego filmu. Tym nie mniej ja do takowych nie należę więc odradzam.

PLUSY:

+ Laurence Fishburne
+ Od biedy niektóre sceny walki
+ Są gorsze filmy o Predku

MINUSY:

– Zwalona muzyka z jedynki
– Zwalone postacie
– Zwalone sceny
– Zmarnowanie potencjału
– Adrien Brody
– Absurdalne sceny…
– …jak i pomysły
– Mniej więcej wszystko

OCENA: 3+





Shrek Forever

12 07 2010

Wbrew tytułowi Shrek nie będzie trwał wiecznie. Do kin wchodzi (podobno) ostatni rozdział 4 odcinkowej sagi o sympatycznym zielonym ogrze. To co rzuca się w oczy najbardziej, to absolutnie nie zrozumiała dla mnie konwersja do technologii 3D. Nie wiem, czy była możliwość oglądania w klasycznym 2D (w moim kinie nie /POZNAN/), ale śmierdziało to na kilometr skokiem na kasę (podobnie jak Toy Story 3). Przykre, że kino coraz bardziej idzie w kierunku komputerów. Wszędzie coraz więcej błyskotek, a coraz mniej miąższu. Ale do rzeczy: historia przedstawiona w czwórce, to generalnie identyko to samo, co w 3 poprzednich. Znowu jest jeden główny czarny charakter, podobny schemat prowadzenia opowieści (burza, spokój, chwila nadziei, burza, happy end – w skrócie), oczywiście w innych okoliczności, ale nie sposób odnieść wrażenia, że to wszystko już było. Shrek wypalił się do cna. Jedynka była czymś ożywczym w animacjach, niekonwencjonalny bohater, historia i ogółem powiew świeżości, który zauważył każdy. Dwójka poziom utrzymała, a dla wielu jest to nawet lepsza część od pierwowzoru. Dla mnie wierutna bzdura, nic nie pobije oryginału- NIGDY. Nic więc dziwnego, że twórcy połasili się na 3. Ta była dla mnie kuriozalnie słaba, a w pojedynku z jedynkom schodziła po KO w 1 rundzie. No i „forever”. Początek jest bardzo dobry, daje się wyczuć starego dobrego ogra. Niestety, po (ponownym) spotkaniu Shreka i Fiony, coś siada. Powielają się błędy 3. Pojawia się strasznie dużo ckliwych gadek, a na domiar złego nie pojawia się równoważąca je ilość tekstów komediowych i w rezultacie Shrek z fajnej animacji, zamienia się w nudne romansidło. Nie brakuje oczywiście brylancików, do których nas Dream Works przyzwyczaiło. Gruby Puszek jest absolutnym zwycięzcą, a na podium z nim staje chłopczyk – „no ryknij” (kto zobaczy zrozumie). Ale trochę tego mało: Osłu brakuje świeżości, a zielony ogr zaczyna czasem irytować.
W dalszym ciągu jest, to jednak moja ulubiona bajka w kategorii: PL Dubbing. Stuhr i Zamachowski to duet nie do pobicia. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, po obejrzeniu przed filmowych zwiastunów, gdzie dubbing jest tak tragiczny, że uszy pękają (Karate Kid, Władca wiatru). Inna sprawa, że nie wiem, kto każe „spolszczać” FILMY (nie aniamcje), ale to inna bajka.
Ogółem jest dobrze, ale tylko dobrze. Po seansie nie myślałem, tyle o samym filmie, co o tym, że dobrze się dzieje, że to już ostatni rozdział (oby). Przykro, że Toy Story trzymało mistrzowski poziom całej trylogii, a scenariusze Shreka 3 i 4, to pisane na pieńku i na szybcika gnioty.

PLUSY:
+ Polski Dubbing
+ Niezły początek
+ Puszek i „no ryknij”
+ To już koniec niszczenia serii

MINUSY:
– Pomysł się już wypalił
– Słaba końcówka (tym bardziej, że to koniec końców)
– Bezbarwny Shrek i reszta postaci
– OST już tak nie cieszy i nie jest aż tak widoczny jak w poprzednich częściach
– Bezsensowny pomysł z konwersją 3D

OCENA 7=/10





SUMMER MOVIES

10 06 2010

Co robisz, gdy środek kalendarzowego lata spędzasz w domu, a za oknem leje i ogólnie ciemno szaro, ponuro? Czegokolwiek byś wówczas nie wymyślił, ja polecam ci włączyć w takiej sytuacji DVD, lub udać się do kina i odprężyć się przy dobrym seansie. Deszczowe wakacyjne dni, to najlepszy czas na odrabianie zaległości, a także wysyp superprodukcji w kinach. Każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Wchodzą sztampowe produkcje od Pixara i Disneya, jakimi są np. czwarty już Shrek, czy Toy Story 3. Mimo tego, że animacje zdominowały ostatnio żarty słowne, a co za tym idzie ich target to raczej widzowie powyżej 15 roku życia, nie spodziewam się, aby tegoroczne sequele ten poziom utrzymały. Sam Shrek nie zbiera rewelacyjnych not (u nas jak zwykle premiera ze sporym poślizgiem) cierpi zresztą również na systematyczny spadek formy z numeru na numer wyżej, a biorąc pod uwagę, to, że trójka była co najwyżej niezła nie spodziewajmy się cudów. W historyjkach zabawek Andy’ego natomiast nie pokładam wielkiej nadziei z prostego powodu. Jest, to ewidentny skok na kasę, a takie początki jeszcze nigdy nie wyszły, żadnej produkcji na dobre. Dlatego, też mimo wszystko te dwie produkcje polecam skreślić z listy „must watch”.

  Fanom mocnego kina akcji i w ogóle filmów sensacyjnych, polecam zdecydowanie film Nimróda Antala: „Predators”. Każdy na pewno, kojarzy kultowy pierwowzór z Arniem, a jak nie, to warto właśnie w te wakacje go sobie przypomnieć przed premierą Predators, (albo schować głowę w piach ze wstydu). Film to klasyczny sci-fi, czyli walka Marine z kosmitami, tym razem w egzotycznej dżungli. Niby nic odkrywczego (ani nawet specjalnie oryginalnego – patrz część pierwsza), ale weźmy pod uwagę, to że w rolach głównych zobaczymy Laurenca „Morfeusza” Fishburne’a, niezwykle charakterystyczną facjatę Danny’ego Trejo, czy zdobywcę Oskara Adriena Brody’ego.  A całość zrealizowana została pod czujnym okiem Roberta Rodrigueza – twórcy wizualnych majstersztyków, jak Sin City, czy Grindhouse. Możemy być więc spokojni o jakość rozrywki.

Idąc za ciosem miłośnicy kina akcji nie mogą, zwyczajnie NIE MOGĄ, przejść obojętnie obok drugiej produkcji z fabryki Roberta, która zawita do naszych kin pod koniec sierpnia. Mowa, o generalnym hołdzie dla filmów, które Rodriguez kręcił wraz z Tarantino, oraz dla takiej klasyki jak El mariachi ( bardziej znane jako późniejszy remaque – Desperado z Banderasem). Film zatytułowany „Machete”, opowiada historię, postaci, która we wszystkich wymienionych produkcjach brała udział. Machete, to były agent federalny, mszczący się w bezwzględny sposób na swoich dawnych pracodawcach. W krwawej vendetcie towarzyszyć mu będzie nie kto inny jak… ksiądz, zdecydowany nie krzywdzić, żadnej istoty ludzkiej. Co z tego wyniknie przekonamy się 18 sierpnia. Za miarę dobrego wyboru niech poświadczy chociażby obsada: Trejo, Seagal, Alba, Michelle Rodriguez czy Robert De Niro!

Zwolennikom i zwolenniczkom delikatniejszej rozrywki, warto będzie zainteresować się produkcjami lekkimi i łatwymi, jakimi na pewno będą produkcje takie jak nowa odsłona Step Up, lub również trzecia już część Sagi Zmierzchu. Za pierwszym przemawia przede wszystkim odbiór artystyczny, układów tanecznych, czy ścieżki dźwiękowej, na której ponownie zawita między innymi: T-Pain, Lil Wayne, a także Linkin Park(?). Film wejdzie do kin na początku sierpnia i będzie dostępny również w wersji 3D. Ta premiera będzie na pewno dobrym pretekstem do zapoznania się, lub przypomnienia innych tytułów tanecznych. Oczywiście mam tu na myśli Dirty Dancing, ale również wcześniejsze odsłony Step Up. Zdecydowanie odradzam kontakt z polską produkcją „Kochaj i Tańcz”, gdyż są to absolutnie zmarnowane dwie godziny. Druga propozycja na pewno przyciągnie do kin, zwolenniczki historii Stephenie Meyer, a ich zachęcać do seansu nie trzeba. Innym fanom romansów polecał bym jednak zostawienie „mroku” Zmierzchu, na rzecz klasyki, jak „Lepiej późno niż później” z zawsze świetnymi Jackiem Nicholsonem i Diane Keaton, czy „Czekolady” z Deppem. Warto też zainteresować się nadzwyczaj udaną produkcją Marca Webba: „500 dni miłości”.

Bardziej wysublimowani kinomani, odnajdą coś w znakomicie się zapowiadającej „Incepcji”, opowiadającej o zaawansowanych technologiach mogących działać w naszej świadomości i integrować w ludzki umysł. Świetna jest tu także obsada: DiCaprio, Marion Cotillard, czy świeża krew Ellen Page („Juno”, „Pułapka”). Całość wyreżyserował, twórca „Mrocznego Rycerza” Christopher Nolan, a film trafi do kin na przełomie lipca i sierpnia. Ci sami kinomani nie powinni przechodzić obojętnie także obok „Oczy szeroko otwartych” debiutującego reżysera Haima Tabakmana.

Jak zawsze zresztą, można też odkurzyć półkę klasyki, z takimi flagowcami jak: „Skazazni na Shawshank”, „Ojciec Chrzestny”, czy „Forrest Gump”. Ale je zapewne większość zna na pamięć, a wakacje, to raczej czas, aby ponarabiać zaległości w nowościach.

Oczywiście wiadomo, że nie da się pomieścić wszystkich filmów godnych polecenia tego lata w tak krótkim tekście, ale mam nadzieję, że absolutnie niezdecydowanych i gubiących się w natłoku premier udało się choć trochę nakierować. Wiadomo, także, że każdy sam najlepiej zadecyduje na co ma ochotę.  Tak czy inaczej życzę wszystkim trafnych wyborów i udanych wakacji.





Piaskownica

22 05 2010

Filmy Bruckheimera są jak cut-filmik przedstawiający logo jego wytwórni, (jak ktoś nie kojarzy, pod spodem filmik (zmieniona muzyka)) Najpierw dostajemy szaloną jazdę po autostradzie, by w chwilę potem po chwili zwolnienia oberwać piorunem. No chciałoby się rzec, że nie inaczej jest w przypadku Księcia Persji. W zasadzie w przypadku wysokobudżetowych produkcji disneyowskich nie mam problemu z przytaknięciem (choćby tacy piraci). Jednak już po pierwszych 30 minutach zauważyć można, że „piaskom” do Sparrowa i spółki sporo brakuje. Ja osobiście odczułem wrażanie jakby cały film był zrobiony na pół gwizdka. Efekty niby są, ale na kolana nie zwalają, miejscami zresztą są zwyczajnie słabe i trochę budżetowe. Podobnie z fabułą (od razu mówię, że w trylogię piasków nie grałem), która nie porywa. Chociaż jak wiadomo nie ona gra tutaj pierwsze skrzypce (ani nawet drugie, czy trzecie). Przeciętny „pożeracz popcornu” obserwuje jedynie jej zarys i liczy, że wszystko będzie dobrze (no i zazwyczaj jest). Chyba sami twórcy zdawali sobie jednak sprawę, że Książę nie dysponuje wiele większą artylerią niż popyt na znany i lubiany przez wielu tytuł serii gier komputerowych, o czym świadczy fakt umiejscowienia jego premiery przed sezonem letnich gigantów, jak Shrek 4 czy Toy story 3, które na pewno zarobią krocie. Przejdźmy jednak do samego filmu. Rzecz i walki toczą się: gdzie? w starożytnej Persji, o co? o sztylet mający moc cofania się w czasie, o władzę, oraz jak zwykle sztampowe ratowanie świata. Tej jakże szlachetnej misji podołać ma Dastan, ale sprawy się nieco komplikują, gdy zostaje on oskarżony o zabójstwo króla i zmuszony jest z Persji czym prędzej, w podskokach (i to dosłownie, wszak to ekranizacja bodaj najlepszej gry zręcznościowej, taktującej w 90% o bieganiu i skakaniu) spierdzielać. Podczas ratowania świata, a jednocześnie oczyszczania swojego imienia napotka na swojej drodze spore zastępy rządnych jego głowy (a raczej nagrody za nią) wojowników. Mi szczególnie spodobali się assassyni, znakomicie i niezwykle klimatycznie przedstawieni. We wszystkim zaś towarzyszyć mu będzie (nie do końca z własnej woli ale nie będę zdradzać) Tamina (świetna w tej roli Gemma Arterton). Historia jak mówiłem mnie osobiście średnio wciągnęła, ale i tak jestem pełen podziwu dla scenarzystów. W tego typu produkcjach miecze krzyżują gęsto i często (nie oszukujmy się, tym disneyem na początku), a tutaj scen walki nie ma aż tak dużo (i bardzo dobrze), a kiedy już są to ogląda się je z przyjemnością, jako smaczki w filmie, a nie jako rutynową falę przeciwników, który nasz heros musi bezwzględnie zabić (zieew). Zabrakło mi tutaj jednak tego do czego Bruckheimerowe produkcje mnie przyzwyczaiły, mianowicie znakomitej muzyki. Brakuje potwornie Zimmera i jego tematów przewodnich. Żaden z podkładów nie zapadł mi szczególnie w pamięć. A szkoda, bo klimaty perskie można było duuużo lepiej przedstawić. Koniec, końców Książę jako kino rozrywkowe wciąż sprawdza się świetnie. Wiele scen z rozmachem, najlepsza to chyba ta w której Dastan wspina się po murze, dzięki wystrzeliwanym rytmicznie strzałom. Wiele również rozluźniających tępo, takich gdzie można się kilka razy uśmiechnąć. Ale czy „piaski”, to film do którego będę miał ochotę powrócić? Raczej wątpię.

PLUSY
– efekty specjalne (raczej nie dziwota)

– ciekawa kolorystyka (miejscami)

– jako kino rozrywkowe, znakomite

– Assassyni

– Gemma Arterton

MINUSY
– słaba muzyka

– fabuła nie wciąga

– efekty specjalne (czasami zdają się budżetowe)

– ogólna drętwota głównego bohatera

OCENA 6++





Skazani na doskonałość

30 04 2010

Ciężko będzie pisać o filmie o którym powiedziano już wszystko, a który to zarazem jest moim ulubionym. Nie uniknę w tym wpisie przesłodzeń i gloryfikacji niewątpliwego dla mnie dzieła Darabonta, co może być na pewien sposób wyjątkowe, bo zwykle nawet w najlepszych filmach wiercę dziury i szukam wad. Tak czy inaczej do rzeczy. Andy Dufresne, zostaje niewinnie skazany na dwukrotne dożywocie, za zabójstwo swojej żony i jej kochanka. Bankier długo nie może odnaleźć się w zasadniczym i twardym więzieniu jakim jest Shawshank. Bezwzględny, skorumpowany naczelnik z zasadami. “Wierzę w dwie rzeczy: dyscyplinę i Biblię, tutaj poznacie je obydwie – Witajcie w Shawshank” – wita nowych więźniów na wstępie. Oraz kapitan Hadley, który już podczas pierwszej nocy Andy’ego doprowadza do zgonu jednego z więźniów, zakatowawszy go pałką. Reszta więźniów dzieli się na charakterystyczne dla takich więzień grupki rywalizujące ze sobą o każdy metr więzienia. Dufresne trafia więc do miejsca, gdzie konieczne jest wypracowanie sobie pozycji by resztę wyroku (przeważnie również resztę życia) przeżyć w jako takim spokoju. Będąc nikim w Shawshank z początku zbiera tylko baty od “ciot”, pracuje w pralni i skreśla kolejne dni na murze w celi, zastanawiając się nad wszystkim i niczym (“Gdy zatrzasną kraty celi i zgasną światła, wiesz już, że to koniec. Całe życie przesrane w mgnieniu oka. Pozostaje jedynie mnóstwo czasu na myślenie nad nim”). Zagubiony Andy pewnego dnia wpada na “Red’a” i rozpoczyna znajomość, która całkowicie zmienia jego pobyt w więzieniu.
W fabułę, zresztą nie będę się zagłębiał, gdyż chce uniknąć spojlowania, dla tych co filmu jeszcze nie widzieli (swoją drogą – wstyd). No i o co jak o co, ale o nią martwić się nie trzeba, w końcu to adaptacja mistrza Kinga. Przejdźmy do rozkładania filmu na czynniki pierwsze. Zaczynając od muzyki.  Hank Williams, Deutsche Opera Berlin, Doris Fisher czy Thomas Newman, tworzą znakomitą ścieżkę dźwiękową. No dobra nie jest, to najlepsza muzyka jaką kiedykolwiek słyszałem w filmie, ale jest to kawał dobrej roboty. Znakomita jest przecież scena, w której Andy puszcza z radiowęzła winyl dwóch włoszek (nie wiem co to za utwór). W tej scenie liczy się tylko muzyka, a jest to nie wątpliwie jedna z tych sekwencji w której przebiegają nas ciarki. Najpiękniej puentował to Red: “Mówię wam, że głosy te unosiły się wyżej i dalej niż czyjekolwiek marzenia. To było tak jakby jakiś piękny ptak wpadł do naszej brudnej klatki… i sprawił, że mury się zawaliły.”
Aktorstwo i wszystkie kreacje jakie zostały w tym filmie stworzone, to mistrzostwo świata i ciężko mi znaleźć drugi tak świetny film, gdzie nawet postacie dalszoplanowe wywiązują się ze swoich ról oskarowo. Pierwsze skrzypce gra tu oczywiście Tim Robbins i Morgan Freeman. Ten duet powinien dostać Oskary bez szemrania, ale nie od dziś wiadomo, że nie zbadane są wyroki akademii.
Zdjęcia Deakinsa, zwłaszcza najazdy na budynek więzienia, plac, czy znakomite ujęcia w celach, dopełniają doskonałość. Bo koniec końców, to właśnie takie szczególiki, jak montaż, kostiumy (również znakomite), czy scenografia, na które zazwyczaj nie zwracamy uwagi, jak brudna robota rozgrywającego w footballu są tutaj największymi atutami. Cały film ma klimat niepowtarzalny i choć widziałem go już setki razy za każdym razem potrafię w nim odnaleźć kolejne smaczki.
Sprawa jest prosta, jeśli jeszcze po “Skazanych na Shawshank” nie sięgnęliście, to jak najszybciej nadróbcie tą stratę, albo schowajcie głowy w piach ze wstydu. Czy film Darabonta to ideał? Nie ma obrazów idealnych, ale z całą pewnością ‘shawshank’ się o niego ociera.

ZALETY:
– kreacje aktorskie
– muzyka
– scenariusz (adaptacja Kinga – w razie jakichkolwiek wątpliwości)
– zdjęcia, montaż, scenografia…
– … ogółem – wszystko

WADY:
– dlaczego od 1994 nikt nie nakręcił lepszego filmu (na Boga to 16 lat!, kinematografia stoi w miejscu)
– książka lepsza





Whatever Works

26 04 2010

Allen, Allen, Allen, tak różny a wciąż trzymający się tego samego nurtu. „Whatever Whorks”, to jego powrót do korzeni. Po średnio udanych jak dla mnie, acz dobrze odebranych przez krytyków: „wszystko gra”, czy „Sen Casandry”, wreszcie dane było mi obejżeć to co w Woodym lubię najbardziej. Wolno prowadzona narracja, mistrzowskie dialogi, uwagi, anegdotki i klasyczna dla niego muzyka. A historia to prosta i oczekiwana: Pani pokochała pana. Ale jakiego pana i jaka pani, to już zupełnie co innego. Boris Yellnikoff, to stary zżędzący dziadyga, komunista, megaloman no i… geniusz. Po nieudanej próbie samobójczej i rozwodzie zmuszony jest zamieszkać sam, aż pewnego wieczoru w jego życie wdziera się głupiutka, nierozgarnięta dziewczyna, będąca totalnym jego przeciwieństwem. Zatrzymuje się u niego, pozornie na kilka dni. Sam Borys nie wie jeszcze jak zmieni ona jego statyczne, poukładane życie. Brzmi to jak wstęp to taniej, łatwej i przyjemnej komedyjki romantycznej, ale nic bardziej mylnego. Allen wychodzi z tego banału dość obronną ręką, bo jak mówiłem historia to może i prosto naszkicowana, ale za to jakże bogato wypełniona. Przy oczywistym kontraście bohaterów, przewrotne staje się, to że bliżej nam jest do wiecznie niezadowolonego, ironicznego Borysa, niż do przedstawicielki „niskiej rasy gąsienic”, zadowalającymi się tak błachymi rzeczami jak miłość, wiara czy seks (wszak to tylko zmechanizowany skrypt, jak w maszynie do szycia: „góra, dół, góra, dół”), którą niewątpliwie jest Melody. Ciekawe jest również, to że choć Allen na ekranie nie pojawia się tym razem ani razu, nie można pozbyć się odczucia, że Larry David, przez większość filmu się do reżysera upodabnia, a raczej nie tyle do reżysera, co do postaci w które on sam się dawniej wcielał, jak np złodziej nieudacznik z „cwaniaczków”, czy ślepy reżyser z „hollywood”. Allen znakomicie przypomniał o sobie recenzentom, oraz przede wszystkim wielbicielom jego kina (do których sam się zaliczam). Mnogość sentencji z tego filmu cytować na pewno będę jeszcze długo. I choć może, to jeszcze nie jest, albo raczej już nie jest, ta półka co Annie Hall, a i schematyczność i powielanie niektórych scheamtów wytknąć Woody’emu można, to cieszę się, że powraca on na ulubione dla mnie tory. Lepiej mu w roli prześmiewcy, niż mistrza suspensu.

Zalety

-To znowu stary dobry Allen

-Znakomite dialogi

-Świetna muzyka

-Ogółem całość – lekko i przyjemnie się ogląda

Wady

-powielanie niektórych schematów

-nie każdemu się taki Woody spodoba (zwłaszcza fani, uważający za jego ‚best’ Vicki

Christina Barcelona)

-Od biedy trąci banałem

OCENA: 8-/10