The Elder Scrolls V: SKYRIM – Gra dekady!

4 12 2011

Zasiadając do V części TES, powiem bez bicia zasiadałem bardzo sceptycznie. Przede wszystkim (to już w ogole dno) o tym, że ona wychodzi dowiedziałem się na miesiąc przed premierą. Zajawiłem się trailerem i tak, Skyrim trafił do mojego domu. Lekko rozczarowany wcześniejszym Oblivionem, nie spodziewałem się że spędzę z tą grą więcej niż 5h. Pisząc ten tekst, mam na liczniku tych godzin grubo, ponad 60 i choć mój hype na tą produkcję nieco zmalał, wciąż odpalając Skyrima wsiąkam na kolejne długie godziny przeczesywania jego świata. A ten jest po prostu GIGANTYCZNY. Ogrom rzeczy, które w TES V można robić po prostu przygniata. Najlepszy sandboxowy świat od czasów GTA. Zaraz, powiedziałeś GTA? Tak! Wbrew pozorom, ta gra naprawdę często przypomina flagową serię R*.

Ale po kolei. Zacznijmy od tego co w grach z serii cRPG jest najwazniejsze. O fabule. I tak, w sumie ciężko mi powiedzieć, czy w grze, w której główny wątek (powiedzmy, że takowy da się wyróżnić) traktowany jest na równi z zadaniem, przynieś, podaj, pozamiataj, co w Skyrim jak i w każdym szanującym się erpegu ma wydźwięk: weź zlecenie, po eksploruj trochę lochów, zabij trochę creepów i jednego super creepa, weź hajs, „ajtemy” i wróć do zleceniodawcy. Tak więc czy w takiej grze można oceniać fabułę? Nie do końca. Główny wątek przebija się przez całą grę, a nawet po jej zakończeniu, co można tłumaczyć albo katastrofalnym przepływem informacji, albo bugiem, gdy 10 h po zakończeniu main-questa władcy miast zastanawiają się jak poradzą sobie z tym questem. Gra wciąga jednak nie dlatego, że obchodzi nas los świata i to jaką rolę odegramy w kolejnej misji z cyklu: „zapobiec apokalipsie”, ale to  jak wiele w Skyrim jest do zrobienia. A do tego absolutna wolność w tym, co chcemy robić. Nie ma tutaj ŻADNYCH ograniczeń dla gracza. Robisz wszystko po swojemu. Chcesz olać główny wątek i zając się wypiekiem ciast? Rób to! Chcesz się nauczyć kowalstwa, złodziejstwa, tajnej magii, łucznictwa (…) ? A może chcesz wszystkiego po trochu? Ok, nie ma sprawy. Twoja postać to tabula rasa, nikt nie będzie ci dyktował, że zabicie tego pana jest be, a temu musisz skręcić kark. Bądź zły, bądź dobry, albo miej wszystko w dupie. Wszystko odnotują statystyki, każdy twój krok zostanie czymś innym nagrodzony. Od zawsze czekałem na grę, która da mi taką swobodę. I dobra teraz co bystrzejsi zauważą: A co z Oblivionem, Morrovindem? Odpowiedź jest prosta, Skyrim totalnie uderzył w moje klimaty nordyckich mitologii, smoków, wikingów, śnieżnych zamieci, wojen domowych etc. W tej grze zakochałem się bez pamięci od pierwszych sekund.

Co się tyczy zaś mechaniki rozgrywki. I tutaj nowa gra Bethesdy trochę mnie zawiodła. Żadne krzyki i płacze mnie nie przekonają, że to nie jest konsolowy port. Sterowanie na schemacie k+m jest koszmarne, przynajmniej dla mnie. Prawda pewnie, że jakbym się rozegrał to nie było by to dla mnie problemem już po kilku godzinkach, ale no nie miałem ochoty psuć sobie zabawy przez to, że jakiś klawisz mam za daleko, albo przez to że myszka nawet na najwyższej czułości chodzi jakbym maczał ją w kisielu. Sięgnąłem po pada i nagle ja stary stetryczały komputerowy konserwatysta jedynego słusznego sterowania w erpegach, zrozumiałem jak cholernie wygodnie i przyjemnie jest grać na padzie. Sam używałem go dotąd jedynie w sportówkach i samochodówkach. Tymczasem na czas przejścia Skyrima pożyczyłem od kumpla pada x360 i muszę przyznać, że komfort jaki czerpałem z tego rozwiązania zmusił mnie do zakupu własnego. W Skyrimie wszystko jest „pod pada”, przede wszystkim menu, cały interfejs ekwipunku, magii itp. Rozwalenie się na kanapie z bezprzewodowym padem przed wielkim monitorem pozwoliło mi totalnie zapomnieć o sterowaniu i czerpać garściami to co najlepsze z rozgrywki. Jeśli jeszcze nie spróbowałeś grać na padzie w tą grę, to spróbuj. Gwarantuje Ci, że nie wrócisz k+m.

Wracając jednak do samej mechaniki. Typowo dla każdej produkcji Bethesdy (Fallout) na widok walki bronią białą chce się płakać. Każda broń traktowana jest jako przysłowiowy „bejsbol”. Animacja topora, wielkiego miecza, czy młota nie różni się niczym. Cóż, taki widać urok gier B. Ciekawe jest jednak to, że do Skyrima zostały przeniesione efektowne finishery z Fallouta 3 w bullet time. Tak jak w F3 trochę mnie to irytowało czasami, gdyż uruchamiało się zdecydowanie zbyt często, tak tutaj okazyjny widok, odcinanej głowy gigantycznym final-fantasowym mieczem, albo gruchotanie kości młotem wielkości mamuta, daje duużo satysfakcji i banana na twarzy. Ciekawie rozwiązane jest strzelanie z łuku i stealth-zabijanie na assasyna. Chociaż ja osobiście wybrałem ścieżkę rozwoju broni dwuręcznej, to nie omieszkałem sprawdzić innych opcji. Łucznikiem gra się bardzo ciekawie, przede wszystkim trochę inaczej, bardziej taktycznie. A jeszcze bardziej taktycznie gra się złodziejami i cichymi zabójcami. Tutaj frajda jest niesamowita. Jednak są to rozwiązania na chwilę, bowiem gdy wybiega ci w wąskim korytarzu na twarz 5 kolesi, nawet Legolas nie nadążył by ze strzałami. Tutaj widać przewagę nad rozwiązaniem: tylko ja ty i mój kurewsko wielki miecz, który zaraz poznasz dogłębnie.

Dodatkowo w walce cały czas może pomagać nam „przywołaniec”, ognista lub lodowa zjawa, ożywione zwłoki, ogar kupiony gdzie trzeba i oczywiście nasz „giermek” czyli wiadomo najemnik, który nosi nasze graty. W zasadzie ja mojego, a obecnie moją… żonę (tak można się żenić) tratuję tylko jak kolejny garb do ciężarów, których ja już nie daje rady dźwigać. A złomu znajdujemy tutaj co nie miara. Prawda, że im dalej tym mniej rzeczy nas interesuje. Obecnie na poziomie 34 stosuje ostrą selekcję i rzeczy o wartości poniżej 300 sztuk złota nawet nie tykam. A właśnie, złoto. Osobiście wszelakich handlarzy traktuje tylko jako frajerów, których ograbiam z wszystkich pieniędzy za szmelc, który ode mnie odkupują. Podczas całej wędrówki kupiłem tylko JEDNĄ RZECZ. Były to buty zwiększające mój udźwig, które jak się okazało potem są przedmiotem fabularnym. Nie ma sensu kupować tutaj nic, ponieważ wszystko co jest nam potrzebne, najlepsze zbroje, bronie, amulety i inne pierdoły znajdujemy eksplorując świat. Sam wydaje złoto tylko na zakup włości w miastach i ulepszanie swoich umiejętności u trenerów.

Będąc jednak przy giermkach… należy napomnieć fakt, że ich inteligencja nie przewyższa tej jaką posiada średnio rozwinięty głowonóg. Wrzucam pod tekstem filmik prezentujący jeden z kilku irytujących w grze zacinek. A ponadto notorycznie najemnicy blokując nas w drzwiach, nie nadążają tempa które narzucamy i w rezultacie gdy przemierzamy jakieś ruiny, walczyć musimy sami, bo nasz „garb” jest gdzieś daleko w polu.

I wreszcie, to co podobno 80% graczy interesuje najbardziej: grafika. Cóż mogę powiedzieć, jeśli graliście w produkcje od Bethesdy, niby wiecie czego się spodziewać.  Jednak gra świateł i barw w Skyrim powala. W momencie, kiedy pierwszy raz ujrzałem zorzę polarną z najwyższego szczytu na mapie, zęby zbierałem jeszcze przez 10 minut. Pomyślałem sobie wtedy że dla takich momentów jest się graczem. Ta gra potrafi samym swoim wyglądem zabrać Cię gdzieś daleko, oderwać od wszystkiego. Jest w niej niespotykana magia, która porwała mnie w całości. Po kolana w lodowatej wodzie, którą niemal samemu odczuwałem, przedzierając się przez zaspy śnieżne i w gigantycznej zamieci. Takie momenty tworzą dla mnie stronę wizualną gry. Nie ostre jak brzytwa tekstury, Ultra AA, czy wyrąbane w kosmos efekty cząsteczkowe wybuchów. Może dlatego Crysis nigdy nie przekonał i nie przekona mnie do siebie. Owszem ta gra jest przepiękna, ale DLA MNIE przy Skyrimie jest tylko wielkanocną wydmuszką, nic mnie w niej nie rusza. Oprawa wizualna, to nie tylko to jak twoje oczy odbierają to co się dzieje na ekranie, ale także twoja… hmm dusza? Or something like that. Trochę jak z muzyką, może podobać się twoim uszom, fajnie brzmieć, ale dla mnie ta naprawdę wartościowa, to ta którą mogę włączyć sobie w ciemnym pokoju, która wywołuje we mnie emocje, porusza, czegoś ode mnie wymaga. A wszystkim fanom dobrej grafiki mogę powiedzieć, że się nie zawiedziecie. Owszem są momenty gdzie oglądając jakiś miecz, czy kawałki desek na moście, stwierdzisz: matko jakie to szpetne, zalatuje pierwszym Gothickiem, ale zaraz potem odwrócisz kamerę i stwierdzisz: pierdolić ten miecz, ta gra jest PIĘKNA! Do tego całość dopełnia REWELACYJNA muzyka, która zagościła już w mojej mp3. Symfoniczne brzmienia, idealnie dopasowane do tego co dzieje się an ekranie. A dla krótkiego utworu który aktywuje się gdy wbijemy nowy level, powinna być osobna kategoria w następnych Grammy. Absolutnie fantastyczna sprawa.

I taki jest właśnie cały Skyirm. Jeśli kochasz gry cRPG, zagrywałeś się w takie klasyki jak Gothick, Morrovind etc. to spędzisz z tą grą dłuuuuuuuugie godziny. W tytule stwierdziłem, że nowe Elder Scrolls to gra dekady. To moje specyficzne odczucie i oczywiście mówię tutaj o gatunku RPG. Niewątpliwie jednak jest to mój pewniak do gry roku. Jeszcze 4 miesiące temu wskazałbym w tej kategorii patriotycznie Wiedźmina 2. Ale jako wielki fan Wieśka, sam byłem zaskoczony, jak blado wypadła produkcja CD RED przy Skyrimie. Marzy mi się Wiedźmin 3 z taką swobodą jak nowa gra Bethesdy. To byłoby coś wielkiego. Chociaż myślę, że z przeżyciami jakich dostarczył mi Skyrim, długo żadna gra nie będzie mogła się równać. Dzięki ci Bethesdo! A Ty graczu, jeśli jeszcze się wahałeś czy warto… Nic lepszego w tej kategorii nie znajdziesz, więc idź, kupuj i nie zapomnij wziąć sobie urlopu w pracy, albo powiadomić znajomych że przez kilka tygodni nie dasz znaku życia :).

OCENA 10/10

SKYRIM FACEPALM





Tokijska Policja Gore

6 01 2011


Zastanawiałem się jaki tytuł dać temu postowi, ale stwierdziłem, że sam tytuł filmu jest tak dosadny i szalony, że określi mniej więcej jego charakter. A więc Tokijska Policja Gore, dowód w najczystszej postaci na to, że japońska nacja, jest co najmniej… dziwna, a na pewno niezrozumiała dla przeciętnego europejczyka, Amerykanina i w ogóle każdego, dla którego facet strzelający z dwumetrowego przyrodzenia jest dziwny. No, bo kurcze niby co w tym dziwnego? Co dziwnego w tym, że po przepiłowaniu kobiety w miejscu jej nóg wyrasta paszcza krokodyla, albo że w ludzkim ciele jest tyle krwi, że jej wylot pod ciśnieniem z naszych uciętych (koniecznie kataną) kończyn pomoże nam latać! Tak… przykłady z tego filmu można by mnożyć i mnożyć, ale sprawa ma się tak, że żadne słowa nie oddadzą tego co dzieje się na ekranie. Jako wielbiciel horrorów, a także kinoman, któremu nie obce są filmy gore, oraz różnego rodzaju dziwactwa pokazywane na ekranie (na prawdę sporo już widziałem), wczoraj wieczór odczułem wrażenie, że na prawdę jeszcze NIC nie widziałem. Policja Gore zjada na śniadanie wszystkie teksańskie masakry, a Piły przy niej ze spokojem mogły by być wyświetlane w przedszkolach. Hard-core, to słowo klucz dla tego filmu. A najlepsze, że historia i ogólny zarys fabularny, nawet nie jest taki głupi. No dobra JEST, ale biorąc to wszystko z przymrużeniem oka, które trzeba mieć przy włączaniu japońskich produkcji, nie jest taka najgorsza i dość zrozumiała. Całość wiruje wokół supernowoczesnej policji tokijskiej, o wyglądzie współczesnych bushido samurajów, równie zresztą bezwzględnej i brutalnej. Jej celem są polowania na grupę super groźnych przestępców, zwanych inżynierami. Nie jest, to jednak tak proste jak się zdaje. Inżynierowie posiadają bowiem zdolność auto-regeneracji. Ale jakiej! Przy ewentualnej utracie kończyny odrasta im jakieś narzędzie masowej destrukcji. Ot wielki nożyk do kartonu, piła mechaniczna, strzelby etc. Takie rozwiązanie dało scenarzystom nie lada pole do popisu, a wierzcie mi, że ich kreatywność i wyobraźnia nie zna granic! W zasadzie, o Tokijskiej Policji Gore nie da się napisać wiele, jest to film, który nie daje się zaszufladkować kategoriami i słowami. Niezwykle brutalny, ale przy swojej prymitywności niektórych scen, znowuż nie taki odpychający. Mi się na swój sposób spodobał, ślad po nim pozostanie we mnie pewno na długo, a następne filmy gore, nie unikną porównań z „policją”. Film ma dwa lata i dorobek jego twórców nie jest imponujący, a szkoda bo mówiąc szczerze, chciałbym zobaczyć co jeszcze w japońskim kinie jest w stanie mnie zaszokować. To film zdecydowanie NIE dla wszystkich, raczej dla stricte zawężonej grupy ludzi. Jednak gdybyście zechcieli zanurzyć się w odmętach krwawego Tokio, dam Wam tylko jedną radę: robicie to na własną odpowiedzialność.

PLUSY:
+ oryginalny jak cholera
+ kreatywność twórców – nieograniczona
+ całkiem niezły pomysł i zarys fabularny
+ warto przekonać się co drzemie w japońskich duszach i głowach
+ mocny

MINUSY
– mocny
– tylko dla niektórych widzów
– ile krwi może być w jednym człowieku? (ale w sumie to film gore…)

OCENA: 7/10